VENOM SZTAMPOWY
Pierwszy tom „Venoma” od duetu Ram V i Al
Ewing był jednym wielkim rozczarowaniem. Sztampowa, zbędnie zakręcona historia,
odtwarzanie motywów i sztywne pisarstwo, połączone z nieprzekonującymi
kreacjami postaci pozostawiły we mnie niesmak. Tom drugi… No jest jakby nieco
lepszy, ale niewiele. To wciąż strasznie przeciętny komiks, fabularnie sztampowy
i banalny, na dodatek rozdarty miedzy ciąg dalszy głównej opowieści, a łączenie
jej z wydarzeniami eventu „Mroczna sieć”, przez co ci, którzy chcą wszystko
załapać, a nie czytają regularnie „Amzing Spider-Mana”, muszą sięgnąć po najnowszy
tom serii z Pająkiem. A ten „Pająk” to jeden z najgorszych komiksów ze Spiderem
od lat, a „Venom”, cóż, stara się dotrzymać mu kroku.
Album zaczyna się dwoma zaszytymi od Rama V i
słabo jest. W zasadzie poprzedni tom był tak nieangażujący, że nie pamiętałem,
co się tam stało i co z postaciami – nijak ich los mnie nie obszedł. I w
zasadzie ani nie zaskakuje, ani nie obudzi mnie ten początek, tak banalny i
sztampowy, jak to może być: Venom ocalił kawałek Dylana, a ten wędruje sobie
przez taki wymiar wewnętrzny można rzec, by odkryć kim jest. A to połączone
jest z typową do bólu akcją i drętwymi dialogami. Sztampa, chociaż leci szybko,
bo czytania tu mało.
Potem zaczyna się event „Mroczna sieć” i tu
się to wszystko dokłada i przenika. No i sam event to słabizna, kiepsko
pomyślana i robiąca z postaciami taką żenadę, że szkoda gadać, a „Venom” w tych
zeszytach nie jest wiele lepszy. Ogólnie to, jak Ewing pisze o różnych wersjach
Eddiego z różnych czasów w ogóle do mnie nie trafiało i nie trafia. Brak im spójności
charakteru, szaleństwo i tym podobne rzeczy są wymuszone i nieprzekonujące,
charakterologicznie to się kupy d… kupy nie trzyma, a plątanie czasu nie urzeka
wykonaniem. Za dużo już takich rzeczy było, a tu nie ma ani wdzięku dawnych
opowieści o Kangu np., ani tym bardziej mistrzowskiej precyzji tego, jak
zapętlaniem czasu bawił się Alan Moore chociażby. Zresztą już o tych minusach
pisałem przy okazji omawiania poprzedniego tomu i nic się tu nie zmieniło. Co
ciekawe, w „Mrocznej sieci” postać Bena zepsuto tak, że nie da się tego czytać
bez zgrzytania zębami, a tu Ewingowi udało się partolić go jeszcze bardziej –
zero charakteru to jedno, ale to jak infantylny się stał, jak grubą i
nieprzekonującą krechą kreślony i idiotyczny, aż zasługiwałoby na osobny
akapit. Dobrze, że Madelyne i Janine nie zostały tak przegięte, ale z drugiej strony
one jedynie są, zamiast być… choćby odrobinę jakiejś i równie dobrze mógłby ich
zabraknąć i nie zwróciłbym na to uwagi.
Może choć akcja daje radę? Po części tak, bo
jest szybko a dzięki fajnemu rysownikowi widowiskowo (ale tylko, gdy rzecz robi
Hitch), ale tylko po cześć, bo jednak ta od strony fabularnej wypada dość
blado. Spora w tym „zasługa” tego, że postacie są nijakie, a same starcia
przetykane gadaniną, z której niewiele wynika, chyba że patos, napuszenie i
próby wykorzystania tego, by brzmiało dojrzalej, niż jest w rzeczywistości. A płaskie
jest. Tanie. Popłuczyny po „Nieśmiertelnym Hulku”, z którego Ewing nie chce
wyrosnąć i stara się odtworzyć to, co się tam sprawdziło. Ale sprawdziło się
raz, też nie wybitnie, a tu zostało jeszcze uproszczone i zinfantylizowane,
nawet w puszczaniu oka do fanów popkultury (nawiązania do „Chainsawmana” czy „Terminatora”
chociażby). Ktoś powie – no ale czego oczekujesz od mainstreamowego superhero?
A no tego, że jednak nie będzie obiecywać czegoś, czym nie jest. Że rzetelnie
zrobi, co ma zrobić. Dlatego uważam, że wyszłoby lepiej, gdyby Ewing z V nie
udawali, że kryje się w tym coś jeszcze, że to nie jedynie ładna wydmuszka, bo
przez to minusy jeszcze mocniej rzucają się w oczy. No chyba, że ktoś będzie
podchodził do tego z unikaniem spojrzenia głębiej, bo gdy całkowicie wyłączyć
myślenie, można się tu jeszcze momentami nieźle bawić.
Co mi tu jeszcze zgrzyta to usilne starania
zrobienia z Venoma czegoś wielkiego, na kosmiczną skalę. Już koncept Knulla mi
zgrzytał, ale jeszcze jakoś dawał radę, teraz jednak zatracana jest cała ta
symbiotyczna geneza na rzecz czegoś boskiego. Jakby Ewing naczytał się za dużo „Spawna”.
Efekt? Symbiotyczne wątki, które może szczytem oryginalności nie były, ale nie
stanowiły też wtórnej do bólu sztampy, zmieniają się w wątki o kolejnej
przepotężnej kosmicznej sile niezbędnej do zachowania równowagi i inne takie bla,
bla, bla, którego Marvel jest pełen. Brawo. Ale czego spodziewać się po gościu,
który potem z Venoma zrobi… no kto kojarzy, jaka postać obecnie (w USA, bo nie
u nas) nosi symbionta, wie o co chodzi, a kto nie wie, niestety w końcu się
dowie.
Jest w tym tomie jednak całkiem niezłe starcie
z Osbornem, jest też, przez króciutką chwilkę, nadzieja, w związku z
odniesieniem do filozofii Campbella coś tu się od strony ambicji poprawi, ale to
tylko jedno zdanie, które sprawia wrażenie zasłyszanego, ale nie zgłębionego na
tyle, by móc wycisnąć coś z tematu i fajnie wpleść go w wydarzenia. A można
było, się dało, nawet trzeba było. Ale zamiast fajnego wnikania, mamy
psychologię, która albo oparta jest na frazesach (daddy issues Dylana – dałoby
się to ugryźć na wiele sposobów, poszli jednak twórcy w wersję wyeksploatowaną
przez popkulturę do cna), albo nie pasuje do postaci (wspominane szaleństw to
jedno, ale w ogóle jego charakter jakoś nie klei się z tym, jaka ta postać
zawsze była, a i twórcy nie potrafili przekonać mnie do jego reakcji i rozterek;
sztucznie to wypada, jak patrzenie na miotanie się aktora, który grać jednak
nie potrafi). Podobnie na siłę doklejona jest tu magia, a to, jak działa i nie
wykorzystuje swoich mocy Eddie (wiem, wiem, niby coś tam motywowane to, ale bez
większego sensu) i jak gubią się zaczęte wątki (ma skakać, szukać, tak strasznie
ciągnie go do syna, że przez piekło sobie leci, a potem zamiast go odnaleźć, innymi
rzeczami się zajmuje po drodze, jakby mu się nigdzie nie spieszyło). Za to graficznie
rzecz jest bardzo fajna, przynajmniej tam, gdzie nie rysuje jej Cafu. Ale to
już kwestia tego, co kto lubi.
W skrócie: straszny przeciętniak, który stara
się pozować na coś więcej, coś z pomysłem, ale niestety nawet pozowanie mu się nie
udaje. Przeczytać można, ale mamy nawet na polskim rynku całe multum lepszych
komiksów z Venomem. Będę to czytać dalej? A no będę, takie przekleństwo fana i
komplecisty, ale frajdy będę miał z tego niewiele.
Chronologia czytania wydanych po polsku
numerów łączących się w „Mroczną sieć”:
•
Amazing Spider-Man #11 –
#13
•
FCBD 2022:
Spider-Man/Venom #1
•
Venom #13
•
Amazing Spider-Man #14
•
Dark Web #1
•
Amazing Spider-Man #15-16
•
Venom #14
•
Amazing Spider-Man #17
•
Venom #15
•
Amazing Spider-Man #18
•
Venom #16
• Dark Web: Finale #1




Komentarze
Prześlij komentarz