New Avengers: Iluminaci – Brian Michael Bendis, Brian Reed, Jim Cheung

HEROSI JAK BOGOWIE

 

Dłuższy czas zabierałem się do tego komiksu, ale że akurat lecę z odświeżaniem sobie eventów Marvela po kolei, chciałem go łyknąć w konkretnym miejscu – czyli przed „Tajną inwazją”, do której wprowadza – i w końcu się doczekałem. No i fajna rzecz to jest. Bendis w świetnej formie, może nie takiej, jak w „Ultimate Spider-Man” czy „Daredevilu”, ale na poziomie eventów, jakie robił dla Marvela, bawiąc się zgraną, acz wiecznie atrakcyjną koncepcją, że bohaterowie w końcu zechcą być naszymi bogami, znajduje swój patent na całość i snuje opowieść, może i głównie dla fanów, którzy jednak znają uniwersum i jego historię, do których na każdym kroku scenarzysta się odnosi, ale wartą uwagi.

 

Więc tak. Kiedyś, przed laty, doszło do wielkiej wojny Kree ze Skrullami, w którą wmieszana została Ziemia, otwierając się na całe to kosmiczne zagrożenie, jakiego dotąd niemal nie znała. To wtedy pięciu bohaterów, którzy utworzyli Iluminatów, grupę działającą zakulisowo, wkroczyło do akcji, by powstrzymać kolejne zagrożenie ze strony Skrulli. Powstrzymać wszelkimi metodami. Złapani, bliscy śmierci, będą musieli jakoś poradzić sobie z problemem, bo ich uwięzienie i badania nad ich mocami, mogą przysłużyć się wrogom. Ale to dopiero początek… Co takiego robili, kiedy działy się Tajne Wojny? Gdzie byli, kiedy Thanos zbierał kamienie nieskończoności albo Marvel Boy chciał podbijać Ziemię? I co zrobią, kiedy Skrulle znów staną się zagrożeniem?

 

Bendis w tym komiksie wędruje przez różne ważne wydarzenia świata Marvela, dopowiadając to i owo, to i owo wyjaśniając i balansując na każdym kroku gdzieś pomiędzy epickimi akcjami, a przegadanymi zeszytami, gdzie poza wymianą zdań nie dzieje się nic, a emocje i tak urzekają. Każdy zeszyt to zamknięta historia, przedstawiająca nam wycinek wydarzeń i dany temat. I Bendis to wszystko ogarnia znakomicie. Najlepszy moment w całym komiksie to nie wielkie wydarzenia, gdzie stawką jest… no wszystko, a scena, w której bohaterowie rozmawiają o kobietach i związkach (Meduza nie da dojść do słowa… Black Boltowi – no jak się tu przy tym nie uśmiechnąć?). Życiowa, rozbrajająca, ukazująca świetnie relacje, ale też i podejście zarówno facetów, jak i kobiet i wiele mówiąca o obu stronach. Nie brak jednak w albumie akcji, wybuchów, akcji zarówno na Ziemi, jak i w komosie, całej plejady bohaterów, nawiązań i wspomnień wydarzeń. I to wszystko jest świetnie, realistycznie, z detalami i w widowiskowy sposób zilustrowane.

 

Co jest na minus? Polskie wydanie. Trochę cienki album, jak za tą cenę, ale to akurat najmniejszy problem. Podobnie, jak to, że nie ma co czytać wstępu, jeśli nie wie się, czym ten album się kończy, bo mamy w nim wszystko zdradzone. Ale kwestia przekładu i korekty niestety boli mocno. O ile sam komiks przetłumaczony został nieźle, chociaż zachowawczo i czasem bardzo topornie albo nazbyt dosłownie, bez wyczucia materii, o tyle dodatki wołają o pomstę do nieba. Tłumacz czasem daje nam polskie tytuły komiksów w naszym kraju wydanych, częściej nie, a czasami tworzy własne koszmarki nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. I tak mamy tu „Clone Conspiracy” zamiast „Spisku klonów”, „Siege” zamiast „Oblężenia” czy „Secret Wars” w miejsce „Tajnych Wojen” – i zachowanie oryginałów miałoby sens, gdyby gość zachował wszystkie, ale nie, bo np. „Tajna inwazja” to nadal „Tajna inwazja” i tyle. Najgorzej razi w oczy jednak, kiedy odwala taką manianę, jak tłumacząc „House of M” jako „Dom M” – nie dość, że przekład nie jest poprawny (dosłowny, ale nie poprawny), to przecież mamy już od lat polską (i dobrą) wersję – „Ród M”. A to jasno pokazuje, że z jednej strony redakcja tej serii leży i kwiczy, a z drugiej, że tłumacz nie zadał sobie nawet odrobiny trudu, by sprawdzić podstawowe informacje, tylko machnął to wszystko byle jak, byle szybciej. Szkoda słów. Przeciętny fan ze średnią wiedzą językową zrobiłby to wszystko lepiej.

 

Mimo tego komiks wart jest uwagi i fajnie dopełnia wszystkich tych eventów. Lepiej jednak byłoby poznać go w oryginale, bo na lepszą od strony przekładu edycję po polsku się nie zanosi. 

Komentarze