wtorek, 25 listopada 2014

Przebudzenie - Stephen King


COŚ SIĘ STAŁO... TO SIĘ NIE ODSTANIE


Jamie poznał pastora Jacobsa, kiedy jako dziecko mieszkał w Harlow. Wtedy pastor po stracie bliskich powiedział bluźniercze kazanie, które pozbawiło go posady. Teraz Jamie jest już dorosły i znów spotyka Jacobsa. Teraz były pastor uzdrawia ludzi za pomocą elektryczności. Ale czasem uzdrowienia niosą ze sobą coś więcej. Skutki uboczne. Jak stwierdza Jamie - Coś się stało. Nie ma tylko pojęcia jak wiele...


Najnowsza powieść Kinga to po dość przerywnikowym "Panie Mercedesie" właściwa pozycja w dorobku Króla. Może nie jest to dobre określenie, ale wiemy, że ksiązki Stephena dzielą się na te właściwe i jakby zapychacze - czasem robione na zamówienie, czasem pisane, bo był pomysł ale takie nie do końca idealny. "Przebudzenie" należy do tych pierwszych i trzeba powiedzieć od razu, że jest to naprawdę znakomita powieść.


Na tą znakomitość składa się wiele rzeczy, ale po pierwsze jest to zdecydowanie fabuła. Fabuła, jak w najlepszych utworach psiarza, przede wszystkim obyczajowa. Wprawdzie nie wiem który już raz w karierze Kinga dostajemy historię uzależnionego, który odbija się od dna (i który już raz bohaterem jest muzyk - najpopularniejszy u niego typ bohatera obok pisarza i nauczyciela - jak zresztą Stephen sam mówił: pisz o tym, na czym się znasz, a sam jest przecież także i muzykiem), ale nie psuje to odbioru. Fabuła pełna jest emocji, pięknych scen i czasem wręcz poezji - wiosenne roztopy, że wymienię jedną z takich scen. Jest także groza, ale groza bliższa temu, co znamy. Groza wynikająca z jednej z najniebezpieczniejszych rzeczy znanych człowiekowi - elektryczności. Owszem, nie brak tu także tej klasycznej, horrorowej, ale taki jest już King. Taki był zresztą w najlepszych czasach i taki na powrót stał się ostatnio.


Drugą rzeczą, dzięki której powieść jest tak udana, jest styl. Lekki, przyjemny, szybki, pozbawiony dłużyzn, podany w narracji pierwszoosobowej, w której Król gustuje ostatnimi czasy.


Trzecią, nawiązania. Nie dość, że pełno tu odniesień do życia Stephena i jego matki, to dawno nie było takiego multum nawiązań do jego powieści. Najbardziej w oczy rzucają się łączniki z "Joylannd", "Miasteczkiem Salem", Castle Rock czy "Mroczną Wieżą", ale fani znajdą tu o wiele więcej, a ja nie zamierzam psuć im zabawy w odnajdywaniu ich.


Pozostaje jednak pytani co z finałem. Wiemy jaką Król ma tendencję do niszczenia finału, wiemy jakie tandetne pomysły potrafią nawiedzać jego powieści (i głowę przede wszystkim). Więc jak jest w przypadku „Przebudzenia”? Cóż… dobrze, choć nie idealnie. 90% książki to historia obyczajowa, więc trochę przesadzone (na szczęście tylko trochę) wizje tego, co za drzwiami (czytelnicy wiedzą o co chodzi) trąci kiczem. Wiem, że to po części hołd Lovecraftowi (a także i Frankensteinowi), ale Lovecraft był bardziej przekonujący – nie istotne, że pewnie dlatego, iż rzeczy, które opisywał widział na co dzień przez chorobę psychiczną i narkotyki. Nie mniej nie psuje ono całości a powieść okazuje się najlepszą w ostatnich kilku latach. Zdecydowanie lepszą od „Pana Mercedesa” i godną polecenia każdemu. Szczególnie tym, którzy pokochali starego Kinga. Bo „Przebudzenie” to właśnie taki stary King, jeśli chodzi o treść (szaleńcy religijni, nowa groza pomieszana z tradycyjną, dużo obyczajowości i psychologii…) i nowy, jeśli chodzi o pisarstwo.


Poza tym Stephen to jeden z tych autorów, których książki można kupować w ciemno,  a powyższa powieść jest dowodem na to, że w ciemno kupować warto.

1 komentarz:

  1. Zgadzam się z Twoją opinią jak najbardziej.
    Jak wiesz nie umiem oblekać przemyśleń w słowa,więc Twoje traktuję jak swoje ;)
    Pan Mercedes w ogóle mnie nie porwał,a ponoć dwa tomy jeszcze będą,pewnie z tymi samymi bohaterami.
    A co do Przebudzenia,czytało mi się to bardzo dobrze,Ręka Mistrza widoczna jak najbardziej,jak za starych dobrych czasów Pennywise'a, Tańczącego Klowna żeby podać chociaż jeden przykład ;)

    OdpowiedzUsuń