sobota, 25 kwietnia 2015

Kłamca. Papież sztuk - Jakub Ćwiek

O BOGOWIE!


Właśnie mija 10 lat od powstania pierwszego „Kłamcy”, więc nie mogło obejść się bez jubileuszowego tomu jego przygód. Loki, bóg kłamstwa, oprócz czterech książek, zagościł też w innych mediach, oferując komiks o swoich przygodach czy grę karcianą. Teraz natomiast to z mediami właśnie przyjdzie mu się zmierzyć, a dokładniej bogiem popkultury, który panuje nawet nad treścią książki!


Brzmi szalenie? I takie właśnie jest! A to tylko początek szaleństwa, jakie serwuje powieść.


Marcus Lester jest aktorem grającym w niezwykle popularnym serialu traktującym o aniołach i pradawnych bogach. Kiedy fan dopuszcza się zamachu, Marcus zamiast zginąć, staje się bogiem Dezyderiuszem Craine’em. Bóstwem popkultury, które całe swoje działania podporządkowuje powtarzaniu schematów filmowo-książkowych, umacniając swoją boskość. Oczywiście jego poczynania są solą w oku aniołom. Do walki z nim staje nie kto inny, jak sam Loki, nordycki bóg kłamstwa, który – tak się złożyło – jest odpowiedzialny za powstanie Dezyderiusza…


Tyle w kwestii fabuły. Akcja „Papieża…” toczy się pomiędzy opowiadaniami z tomu drugiego, bezpośrednio po tomie 2.5 „Machinomachia” a przed historią, „Słudzy Metatrona”. Nie treść jest jednak w tym wypadku sprawą kluczową, a forma. Może i dziwne jest to podejście, ale sednem całej rozrywki jest w tym wypadku zabawa różnymi formami wyrazu. Przede wszystkim otrzymujemy tutaj powieść, wystarczy przekartkować jednak tom,  by zauważyć ponad dwadzieścia stron komiksu ulokowanego pomiędzy słowem pisanym, a dokładniejsze spojrzenie oferuje kolejne niespodzianki. W pewnym momencie czytelnik dociera bowiem do miejsca, w którym będzie mógł wybrać czy chce bezpośrednio kontynuować lekturę, czy włączyć w tym momencie scenę dodatkową, dalej zaś czeka go wybór drogi, jaką pójdzie dalej czytanie. Na dodatek nawet zwykłe ilustracje, w odróżnieniu od innych publikacji, nie mają na celu stanowić dodatkowej atrakcji, a są integralną częścią fabuły.


Na deser zaś fani otrzymują, moim skromnym zdaniem, najlepszą część książki, czyli historię genezy cyklu i jego powstawania. Te kilkadziesiąt stron pozwala bowiem spojrzeć na proces twórczy, inspiracje i wiele innych aspektów, które naprawdę wciągają i intrygują.


Całość natomiast to czysto rozrywkowa i nic ponad to lektura, lekko napisana, ostra językowo, podlana humorem i przemocą. Jednym słowem: fani cyklu się nie zawiodą.


A ja składam serdeczne podziękowania wydawnictwu SQN za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz