sobota, 2 stycznia 2016

Ultimates: Superludzie 1 - Mark Millar, Brian Hitch


ULTIMATE AVENGERS


Mark Millar to komiksowy rewolucjonista i powierzenie mu przeniesienia przygód Avengers w nowy wiek było znakomitym pomysłem. Nie dość, że stworzył w ten sposób po prostu znakomity komiks z konkretną akcja, to jeszcze tak mocno osadził go w historii, polityce i socjologicznych aspektach ameryki rządów Busha Jr. jak to tylko było możliwe.


Nie ma tu wielkiego wroga, nie ma tu konieczności ratowania świata, przynajmniej póki co. Jest za to powolne formowanie drużyny. Kapitan Ameryka ginie na wojnie. W otwierającym całość zeszycie mamy okazję zobaczyć stricte wojenną, realistyczną opowieść o militarnej misji w trakcie Drugiej Wojny Światowej i symbol, w który wątpią nawet sojusznicy. W czasach obecnych Fury tworzyć zaczyna drużynę Ultimates, którzy staną się swoistą policją dla świata. Banner, którego Hulkowe zapędu udało się powstrzymać, odtworzyć ma serum Kapitana Ameryki, Hank Pym staje się Giant Manem, jego żona potrafi się zmniejszać, jego eksperymenty na owadach sugerują prawdziwą genezę tego, jak powstał potem Ultimate Spider-Man. Gdzieś tam wspomniana się o Thorze, gdzie indziej do drużyny dołącza Stark, ale głównie dlatego, że jako potentat wielu branż ma dobrą opinię. Powoli formuje się ekipa, której bronić przyjdzie świata…


Nie jest to najlepszy komiks Millara, ale i tak dzieło to absolutnie rewelacyjne. Ktoś powie, że to przecież już było, ale siła dzieł Millara nie tkwi w zabójczej oryginalności, choć i tej mu nie brak, a w znalezieniu potencjału tam, gdzie nie potrafili inni i wyciśnięciu z tych ogranych motywów wszystkiego co najlepsze. To samo robili Miller i Moore, a Millara śmiało można postawić w równym z nimi rzędzie.


Rysunkowo za manierą Hitcha nie przepadam, ale cenię i to bardzo fakt, że z pieczołowitością godną podziwu odtwarza prawdziwe lokacje NY. Jego komiksy, choć powstają dłużej niż innych autorów, mogą służyć za swoisty przewodnik po mieście a dla Nowojorczyków są jak wizyta w domu.


Bez zbędnego przedłużania: polecam gorąco. I tyle. Sięgnijcie, przekonajcie się. Filmowych Avengers dość mocno oparto na tym pomyśle, ba!, nawet ekranizacja Kapitana Ameryki czerpała z tego tomu pełnymi garściami. Ale komiks jest od nich o wiele lepszy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza