Opowieści makabryczne - Stephen King, Bernie Wrightson, MicheleWrightson

DANSE MACABRE


Stephen King i komiks to połączenie nieszczególnie popularne, choć przecież w swojej karierze Król własnym nazwiskiem sygnował wiele opowieści graficznych. Świat jego opus magnum, „Mrocznej Wieży” został nie tylko zaadaptowany na tym gruncie, ale także i rozwijany, sam autor przyłożył także rękę do „Amerykańskiego Wampira”, a na rynku (głównie amerykańskim) nie brakuje adaptacji jego książek. Cóż się jednak temu dziwić – mały Stephen z uwielbieniem zaczytywał się w makabrycznych groszowych komiksach grozy. Dlatego też po latach, w roku 1982, dokładnie 35 lat temu, napisał scenariusze do pięciu krótkich historii graficznych w takim właśnie klimacie, zebranych w albumie „Opowieści makabryczne”. Opowieści przeniesionych jednocześnie w tym samym czasie na ekran przez George’a A. Romero jako „Koszmarne opowieści”. Teraz, po niemal dekadzie od pierwszego polskiego wydania komiks powraca na sklepowe półki. I oczywiście miłośnikom prozy Króla Horroru nie trzeba go nawet polecać, ale co z innymi czytelnikami?


Zacznijmy jednak od tego, co składa się na niniejszy album. Całość otwiera historia „Dzień ojca”, traktująca o kobiecie, która zabiła swojego rodzica. Nie mogła już znieść jego zachowania, a kiedy ten zlecił morderstwo jej narzeczonego, czara goryczy się przelała. Potem zabójczyni rok w rok odwiedza grób, jednak tym razem coś jest nie tak…

Dalej czeka na nas „Samotna śmierć Jordy’ego Verrilla” (któż z nas nie kojarzy tego nazwiska z książek Kinga?). W tej opartej na opowiadaniu z 1976 roku pt. "Weeds" historii z nieba spada meteoryt. Znajduje go tytułowy bohater, wsiowy, naiwny chłopina (w filmowej adaptacji zagrał go King) i tak zaczyna się jego koszmar.

Po tym znakomitym komiksie czeka na nas niestety naciągana i pozbawiona logiki „Skrzynia” (adaptacja opowiadania „The Crate”, 1979), gdzie cieć szukając zagubionej monety znajduje tajemniczą skrzynię pochodzącą z wyprawy na Antarktydę z roku 1834. Udaje mu się zainteresować nią profesora, jednak żaden z nich nie spodziewa się co czeka w środku. I ile ofiar pochłonie otwarcie jej.


Potem czytelnicy dostają „Jak pozostać na fali”. Przypominająca nieco kingowski „Gzyms” ze zbioru „Nocna zmiana” historia przedstawia zazdrosnego męża, który mści się na żonie i jej kochanku. Zakopuje ich po szyję na plaży i zostawia by woda załatwiła sprawę…

Album wieńczy „Lubią się podkradać”, komiks o złym bogaczu, którego sterylny apartament zaczyna być pełen karaluchów. Mężczyzna dokłada starań by coś z tym zrobić, jednak pozostaje ślepy na to, co rzeczywiście dzieje się wokół niego. A powoli zbliża się pora by robaki wyszły na żer…
  


„Opowieści makabryczne” to komiks zdecydowanie nie dla wszystkich. King stworzył bowiem coś na kształt zeszytów z gatunku horroru wydawanych w latach 40. i 50. XX wieku przez EC Comics. Były to historie krwawe, brutalne, niedbające o logikę, ale mające dostarczyć mocnych wrażeń. Nawinie pisane (Król zachowuje tę stylistykę), najmocniej odwołując się do „Opowieści z krypty”, jednego z najważniejszych tytułów EC. Mamy tu nawet podobnego narratora, stanowiącego jedyny łącznik między historiami. Treść jest więc makabryczna, prosta, happy endów tutaj nie znajdziecie, podobnie zresztą jak wyższych wartości. Jako dzieło samodzielne, „Opowieści” nie mają zbyt dużej wartości, jako hołd dawnym komiksom są znakomite i doskonale oddają ich charakter.


Spora w tym zasługa również ilustracji. Genialna szata graficzna w wykonaniu zmarłego w tym roku Bernie’ego Wrightsona i jego ówczesnej (zmarłej przed dwoma laty) żony Michele Wrightson z miejsca urzeka klasycznym wykonaniem, szczegółowością i pięknem. Bernie zresztą wiedział, co robi – to on współtworzył „Swamp Thinga”, a także zaprezentował adaptację „Frankensteina”. Do tego dochodzi znakomity, klasyczny kolor i papier offsetowy, który doskonale pasuje do tego typu opowieści.


Ale są też minusy polskiego wydania. Cena, dość wysoka jak na tak cienką pozycję to jedno, jednak bardziej w oczy rzuca się pewien brak spójności. Niektóre piosenki są przełożone na polski, inne nie, ale za to pokuszono się o przetłumaczenie onomatopei, czego nie znoszę. To jednak niewielkie mankamenty i jeśli jesteście miłośnikami Kinga albo po prostu lubicie horrory – szczególnie te klasyczne – i potraficie docenić ich umowność (czy też przymknąć na nią oko), polecam gorąco Waszej uwadze ten album. Warto go poznać.

 

Komentarze