czwartek, 26 kwietnia 2018

Jonka, Jonek i Kleks #8: Szalony wynalazca i inne opowieści - Szarlota Pawel

CIĄG DALSZY KLASYKI POLSKIEGO KOMIKSU


Długo kazał na siebie czekać ósmy tom "Jonki, Jonka i Kleksa", bo aż cztery lata. W końcu jednak jest i oprócz solidnej dawki znakomitej rozrywki dla miłośników klasyki rodzimego komiksu, niesie także zapowiedź kolejnej części. Najważniejsze jednak w tym momencie jest to, że w ręce czytelników trafił kolejny znakomity album, który powinien poznać każdy fan polskich opowieści graficznych, niezależnie od wieku.


W tym tomie bohaterowie, jak zwykle zmagają się z problemami i biorą udział w najróżniejszych przygodach. Jak przeżyć jedną z nich, kiedy nie ma się pieniędzy na wyjazd? Wystarczy nieco wyobraźni i można cieszyć się niezwykłymi rzeczami i odkrywaniem  nowych miejsc. A przy okazji czegoś nauczyć. Czy Kleksowi uda się zbudować piorunochron? Co czeka na bohaterów na terenie budowy i w lesie? A co po powrocie do szkoły? Witajcie w barwnym świecie Jonka, Jonki i Kleksa!


Być może przygody Jonki, Jonka i Kleksa (nie mylić z Panem Kleksem) nie są tak popularne, jak "Tytus, Romek i A'Tomek", dzieła Janusza Christy (u którego autorka uczyła się sztuki rysowania) czy Tadeusza Baranowskiego, ale zarazem komiksy o nich to taka sama klasyka, jak wspomniane legendy. I co więcej utrzymane są na podobnym poziomie. Widać to już na pierwszy rzut oka po samej szacie graficznej. Rysunki Szarloty Pawel to typowe cartoonowe ilustracje. Obłe, dość uproszczone, samą kreską, jak i "gęstością" plansz przypominające dokonania ojca Kajka i Kokosza, uzupełnione są o podobny do tamtych dzieł, prosty kolor. Wszystko to jednak, jak zawsze zresztą, wygląda znakomicie, ma swój klimat i z miejsca wpada w oko.


Ale pozostaje pytanie, jak "Jonka, Jonek i Kleks" prezentują się od strony fabularnej? Bardzo dobrze. Treść jest prosta, to prawda, bywa też infantylna i promująca konkretne rzeczy czy pisma sprzed lat, ale taki już urok tych starych, dziecięcych komiksów. Ten, jak wiele innych, powstałych w czasach PRL-u, miał za zadanie oderwać dzieci od szarej codzienność i wprowadzić więcej barw i humoru do ich życia. I robi to w udany sposób, także w obecnych czasach. Pocieszenia i poprawy humoru, nigdy dość, prawda?


Jeśli więc szukacie czegoś dla najmłodszych, albo sami macie po trzydzieści kilka, czterdzieści kilka lat i chcecie sentymentalnego komiksu, ale nie kolejnego "Tytusa" czy "Kajko i Kokosza", sięgnijcie po "Jonkę, Jonka i Kleksa". Warto. To dobra, ciepła, sympatyczna i udana lektura.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza