środa, 23 maja 2018

451 stopni Fahrenheita - Ray Bradbury

KSIĄŻKA W OBRONIE KSIĄŻEK


Ray Bradbury to zdecydowanie jedno z największych i najbardziej rozpoznawalnych nazwisk autorów fantastyki. Choć tworzył w okresie, kiedy literatura tego typu przeżywała swój rozkwit, a rynek zalewały najróżniejsze dzieła mistrzów gatunku, zdołał wybić się i zostać zapamiętanym. Stworzył wiele pamiętnych dzieł, a do najlepszych z nich zdecydowanie należy „451 stopni Fahrenheita” – antyutopijna przypowieść stająca w obronie samych książek.


Fabuła całości jest w zasadzie prosta. Ameryka przyszłości to miejsce pozornie przyjazne dla swoich obywateli, bo zapewniające im bezpieczeństwo. W rzeczywistości jednak to mocarstwo, które toczy bezsensowne wojny, a swoich obywateli ogłupia za pomocą telewizji. Nic więc dziwnego, że w takim społeczeństwie książki są zagrożeniem, którym zajmują się „strażacy”, paląc je. Jednym z nich jest Guy Montag, który, jak na swój zawód przystało, daleki jest od bycia miłośnikiem literatury. Kiedy jednak poznają ją, nastoletnią Klarysę McClellan, zbierającą książki buntowniczkę, w jego umysł wsączają się wątpliwości. To ona zadaje mu pytanie, które staje się iskrą zapalną i zaczyna zmieniać „strażaka”. Tylko co z takiej zmiany może wyniknąć?


„451 stopni” to chyba najbardziej znana z powieści Bradbury’ego. Po raz pierwszy wydana w 1953 roku, cztery lata później doczekała się pierwszej adaptacji tv (choć stworzonej bez zgody autora), potem filmu kinowego (1966), wersji teatralnej, radiowej, komiksowej a nawet gry komputerowej. Jedni jego dziełem się zachwycali, przerażeni wizją jak żywcem wziętą z czasów drugiej wojny światowej, choć inspirowanej polityką McCarthy’ego, inni, jak Stanisław Lem, wytykali jej infantylność. Obie strony mają trochę racji, bo jest sporo naiwności w antyutopii Bradbury’ego, jednak całość wciąga, składnia do myślenia i potrafi zaniepokoić.


Dzieło, którego tytuł oznacza temperaturę, w której papier zaczyna się palić, nawet teraz jest fascynującą lekturą. Nieco ciężką, jeśli chodzi o wykonanie, za to satysfakcjonującą. Bradbury nie rozwleka się tu, nie buduje powoli napięcia i klimatu – karty szybko wykłada na stół i rzuca nas w wir wydarzeń rozgrywających się w świecie, gdzie wartości rodzinne zostały wywrócone, tak samo jak sama kultura. Autor przestrzega nas przed ogłupiającym wpływem telewizji i broni książek, które są dla niego (i każdego czytelnika) czymś więcej niż tylko zapisanym opowieściami papierem. Robi to w sposób może i infantylny, ale pełen uroku. I trudno nie przyznać mu racji.


„451 stopni” to dobra fantastyka. Mogłaby co prawda bardziej subtelnie skłaniać do myślenia, ale patrząc na współczesną, tonącą w bylejakości literaturę science fiction, dzieło Bardbury’ego jest naprawdę udane. Dobrze napisane, ciekawe, oferujące konkretne przesłanie i zwracające nam uwagę na wiele różnych tematów, warte jest polecenia każdemu, kto ceni dobrą literaturę niezależnie od gatunku. Dobrze więc, że wśród nowości pojawiło się właśnie kolejne wydanie tej powieści.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz