poniedziałek, 22 października 2018

Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia #12

KOŃSKA DAWKA SŁODYCZY


I znów kuce powracają, a wraz z nimi powraca także cukierkowa słodycz we wszystkich odcieniach najbardziej pastelowych, jaskrawych barw. Czytanie „My Little Pony” jest jak jedzenie cukrowego deseru, który ktoś na dodatek polukrował, a potem dosłodził jeszcze czym tylko się dało. Czyżby nadchodził atak mdłości? Nic bardziej mylnego, bo wszystko to podane zostało nam z takim smakiem, że całość pochłania się z ochotą na więcej.


W świecie kucyków znów się dzieje. Dużo i kolorowo, oczywiście. Gdy nadchodzi czas astronomicznego fenomenu, który zdarza się tylko raz  w życiu, bohaterowie zbierają się, żeby uczcić tę okazję. I, oczywiście, poimprezować. Na scenie (dosłownie i w przenośni) pojawia się także Discord, który przekonuje, że wcale nie trzeba patrzeć w niebo, by zobaczyć gwiazdy. Nie wie jednak, jaka będzie jego rola, gdy widowisko wkroczy w ostateczną fazę…

A to, jak zwykle, zaledwie początek. Już wkrótce bowiem pojawia się sprawa do rozwikłania. Gdy giną wszystkie najważniejsze książki historyczne w Equestrii, Twilight Sparkle wraz z pomocą przyjaciółek zaczyna śledztwo!


Wiem, że za każdym razem, kiedy omawiam nowy tom przygód Kucyków, rozpisuję się na temat słodyczy, szalonej palety barw, cukierkowości od których można dostać cukrzycy typu 19 (kto czytał „Nienawidzę baśniowa” wie o czym mówię) i uroku, ale taka już jest ta seria. Barwy aż biją po oczach, cukier niemal wycieka ze stron, a wielkoocy bohaterowie przeżywający urocze w swej naiwności przygody, mają dar roztapiania serca czytelników, z siłą rozgrzanej patelni topiącej czekoladę. Nie jest to stylistyka, która każdemu będzie odpowiadać. Z całości głównie zadowolone będą dzieci, ale każdy, kto ceni podobne klimaty, będzie z „My Little Pony: Przyjaźń to magia” bardzo, bardzo zadowolony.


Ale przecież nie samą słodyczą Kuce stoją. Każda z opowieści oferuje nam lekkie, proste i dynamiczne przygody osadzone w magicznym świecie niczym z książek fantasy, ale co ważniejsze, jest tu całkiem dużo satyry i puszczania oka do odbiorców zaznajomionych z popkulturą. I to właśnie te elementy najbardziej cenię w „Kucykach”, bo dodają im jakości i nieco wyższego wymiaru, a poszukiwania wszystkich tych easter eggów sprawiają mi wielką przyjemność. Dzieci ich co prawda raczej nie zauważą (tym bardziej, że w serii zdarzały się nawiązania do filmów dla dorosłych, jak np. „Lśnienie”), ale to tylko dowód na to, że nie jedynie do nich kierowany jest ten tytuł.


Całość może też pochwalić się udaną szatą graficzną. Kreska jest lekka, prosta i odpowiednia dla dzieci, tak samo zresztą jak barwny kolor, jednak nie brak tu elementów, które docenią dorośli. To bowiem głównie w rysunkach kryją się wspomniane powyżej popkulturowe nawiązania. Jeśli więc szukacie komiksu dla swoich pociech, który sami moglibyście przeczytać, „My Little Pony” to coś, na co powinniście zwrócić uwagę. Polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza