Giant Days #5: Jak nie teraz, to kiedy? - John Allison, Max Sarin

COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ ZACZYNA


Dobra komedia kupi każdego, bo każdy - nawet największy ponurak - lubi się czasem zaśmiać. Dlatego ten gatunek ma tak wielkie powodzenie na całym świecie. Dobrych komiksów poprawiających humor także nie brakuje, na nich zresztą opiera się znaczna część rynku europejskiego, a i właściwie każda, nawet najpoważniejsza manga, zawiera w sobie dużo elementów humorystycznych. Komiks amerykański także nie zapomina o podobnych rzeczach, a "Giant Days" to znakomity przedstawiciel dzieł tego typu, utrzymany w klimacie amerykańskich seriali komediowych.


Pierwszy rok studiów powoli dobiega końca, ale w życiu naszych bohaterek wcale nie jest spokojniej. Susan wciąż nie może pogodzić się z zerwaniem z McGrawem i wykorzystuje wszelkie okazje do szpiegowania go. Tym bardziej, że ten znalazł sobie właśnie nową dziewczynę. Ale to zaledwie początek, bo wraz z semestrem kończy się pewien etap w życiu przyjaciółek oraz samej szkoły. Catterick Hall ma bowiem zostać zburzone, a w jego miejscu stanie nowoczesny akademik. Co to jednak oznaczać będzie dla dziewczyn i ich sytuacji? Jak wiadomo coś się kończy, coś zaczyna, ale co zacznie się wraz z tym końcem?


"Giant Days" to seria nieoczywista i to jedna z rzeczy, za które ją lubię. Owszem, komedia powinna przede wszystkim śmieszyć, komedia obyczajowa zaś musi być na dodatek odpowiednio realistyczna, tak by czytelnik mógł się identyfikować z bohaterami i ich problemami. To wszystko jest tutaj, ale jednocześnie scenarzysta zabiera nas w podróż przez inne gatunki. Mieliśmy sensację, politykę, oniryczną fantastykę itd., itd. W tym tomie… hmm… takich rzeczy praktycznie nie ma, ale wcale nie oznacza to, że czegokolwiek w nim brakuje. Wszystko, co powinno, jest na swoim miejscu, a całość dostarcza konkretnej, znakomitej rozrywki na naprawdę dobrym poziomie.


Ale co to konkretnie oznacza? Przede wszystkim dużo humoru, dużo akcji, życiowych spraw przedstawionych w krzywym zwierciadle i nuty szaleństwa. A wszystko to w towarzystwie zapadających w pamięć, sympatycznych bohaterów. Bohaterów, bo nie tylko dziewczyny, na których opiera się ta seria, są tu warte uwagi. Męska część postaci też nie zawodzi, a nawet epizodyczne persony, choć bardziej archetypiczne, niż realne, (kolokwialnie mówiąc) dają radę.


Dobra, cartoonowa i mocno kolorowa szata graficzna pasuje do tego wszystkiego wprost znakomicie. Rozbraja mimiką bohaterów, urzeka prostotą i naprawdę wpada w oko. Co, w połączeniu z ciekawą fabuła daje znakomity efekt. Polecam zatem gorąco, bo „Giant Days” to dobra rozrywka, która jednocześnie ma w sobie coś ponad to – i za to właśnie w szczególności ją cenię. Choć oczywiście potrafi też poprawić humor w czysto niezobowiązujący sposób.

Komentarze