Lobo: Lobo i płonący łańcuch miłości / Lobo i wiosenne lasencje / Lobo w Hollywood - Alan Grant, Jim Balent

LOBO I BEZNADZIEJNE WYDANIE OD TM-SEMIC


„Lobo” z Top Comics 3/00 to komiks, który mógłby być bardzo dobry. To komiks, do którego chętnie by się wracało. Wreszcie to komiks, który mógłby oferować wiele zapamiętywanych na lata scen. Ale niestety TM-Semic swoim wydaniem odebrało nam sporo z przyjemności, jaka płynie z tej antologii. Nadal jednak, jeśli przymknąć oko na koszmarną rzeźnicką robotę ludzi od składu i redakcji, mamy tu do czynienia z kawałem dobrego komiksu dla starszych odbiorców. I w sam raz na pierwszy kwietnia, bo i śmiesznie jest, i wiosennie (to tu znajdziecie opowieść „Lobo i wiosenne lasencje”).


W tym zbiorze trzech komisów na Lobo czeka kilka trudnych zadań. Na początek będzie musiał odnaleźć prostytutkę ukrywającą się w liczącym 12 000 kobiet haremie, w którym każda niewiasta nie zamierza przepuścić Lobo.... No sami wiecie. Potem nasz szaleniec zostanie ochroniarzem konkursu bikini, a wreszcie poleci do Hollywood, gdzie kręcony jest film o jego przygodach, by pokazać filmowcom co to znaczy prawdziwy Ważniak. I gdziekolwiek się nie uda, czeka na niego sporo problemów, z którymi jednak poradzi sobie znakomicie dzięki swojej wiernej giwerze…


A cóż my z tego mamy? Rzeź, rzeź i jeszcze raz rzeź, okraszoną niezłym humorem, czasem nawet przesłaniem (bezpieczny seks!) i nutą satyry. Rzecz w tym, że jeśli patrzeć na to przez pryzmat poprzednich opowieści o Lobo, wszystko to już było (to całe Hollywood to trochę, jak wypad Lobo na ComicCon). I to nie raz. Czasem lepiej narysowane, czasem gorzej, czasem ciekawsze, czasem nie. Mimo wszystko czytałoby się to dobrze dzięki takim smaczkom, jak Alien na konkursie piękności, gdyby nie… Właśnie.


Jak pisałem całość psuje marne polskie wydanie. To co spotkaliśmy m.in. w „Ostatnim Czarnienie" czy „Pingwinach” - czyli wycinanie jednej, dwóch stron żeby komiksy zmieściły w wyznaczonym limicie stron, tu przybrało rozmiar wyrzuconych kilku ważnych dla fabuły plansz. Z całości wycięto prawie 1/6 materiału, a to już rzecz odczuwalna i to mocno. Owszem, takie cuda za czasów TM-Semic były na porządku dziennym i często uchodziło to wydawcy na sucho, bo udawało się zachować spójność treści, tu niestety ta sztuka nie wyszła. Szkoda.


Tak czy inaczej przeczytać warto. Bo Giffen pisał pierwszą opowieść, a on to jeden z niekwestionowanych mistrzów postaci. Bo fajne pomysły. I przekład też spoko - akurat seria ta na tym gruncie dobrze wypadała. Jeśli więc lubicie Lobo, a nie macie możliwości poznania oryginalnych wersji tych komiksów, da się to wszystko jakoś przeżyć. Ale niestety i tak będziecie zgrzytać zębami, widząc ile tu brakuje i jak bezsensu wycinano poszczególne plansze (powiem szczerze, że gdyby tak wypadała z zeszytu jeszcze jedna strona, zachowałoby to wszystko większą spójność fabularną, niż z niż, pokazującą nam ile straciliśmy, bo dokańczającą wątek, który redakcja wyrzuciła).

Komentarze