Alicja w krainie czarów – Lewis Carroll

DZIWNA HISTORIA O ALICJI

 

Ja i Alicja… Oj znamy się od długich lat, od mojego dzieciństwa właściwie, kiedy to disnejowska animacja po raz pierwszy zawitała u mnie na ekranie telewizora i okazała się całkiem przyjemną rzeczą. Ale wiele wody w przysłowiowej rzece upłynęło, zanim kilkanaście lat temu wpadło w moje ręce bardzo ładne wydanie zbierające oba tomy przygód dziewczynki i…  Właśnie. Czy to, że znamy się tak długo sprawia, że jakoś szczególnie się lubimy? Temat złożony, bo z jednej strony książkę cenię, z drugiej kontrowersje wokół jej autora i jego zainteresowania dziewczynkami budzą we mnie niesmak przekładający się na odbiór historii, bo wiedząc o Carrollu to i owo, nawet jeśli patrzę na to przez pryzmat czasów i ówczesnego do tematu podejścia, sprawia, że w trakcie lektury zaczynam zawsze obawiać się, co kryło się za niektórymi opisami etc. i… No ale abstrahując od tego, „Akacja w krainie czarów” to książka dziwna. Warta poznania, choćby dla przekonania się, ale dziwna. Stanowiąca miks literatury dziecięcej, i onirycznej, niemalże narkotycznej historii dla dorosłych. A i tu, i tu to miszmasz najważniejszych rzeczy, które składają się na rzecz specyficzną, acz intrygującą.

 

Mała Alicja nudzi się. Dlatego kiedy widzi uciekającego białego królika, który dziwnie – i po ludzku! – się zachowuje – rusza za nim w pogoń, wpada do dziury w ziemi i… ląduje w niezwykłym, ale i niezapieczonym miejscu, w którym jeszcze nie ma pojęcia, co na nią czeka…

 

Czy da się oderwać autora od jego dzieła, albo dzieło od autora? można, ale czy trzeba? Życie pisarza, jego poglądy i dzieje mają zawsze wpływ na to, co wychodzi spod jego ręki. O Carrollu już nieco napisałem na wstępie, a pisać można by wiele, o jego niesmacznych fotografiach, o podejrzeniach, że to on był Kubą Rozpruwaczem etc., ale jeśli chodzi o „Alicję” to historia tej książki zaczęła się w roku 1862, kiedy to Carroll (swoją drogą to też przestudzonym, oddzielający literacką stronę życia autora od całej reszty), wielebny Robinson Duckwort i trzy dziewczynki wybrali się w rejs łodzią po Tamizie. W trakcie wycieczki Lewis zaczął opowiadać historię, a jej główną bohaterką stała się jedna z tych dziewczynek, dziesięcioletnia wówczas Alice Pleasance Liddell. Dziewczynce spodobała się ona na tyle, że zechciała, by Carroll spisał całość, a to ostatecznie doprowadziło nie tylko do spisania przygód Alicji, ale i ich rozbudowania, a ostatecznie także wydania, a potem kontynuowania.

 

No ale jaka jest ta opowieść? Jak pisałem, osobliwa, dziwna. Oniryczna, jak ze snu albo narkotycznych wizji, pokręcona, szalona. Dla dzieci to bajka o niezwykłych przygodach, pełna przeróbek wierszyków, których dzieci się wówczas uczyły i znały, dla dorosłych – i ludzi z Lewisem obeznanych – to satyra wypełniona nawiązaniami do ludzi, których autor znał, w krój dzieje się wiele, ale bardziej alegorycznie, niż faktycznie. Są tu odniesienia naukowe, są też nawiązania do rzeczywistości – choćby tego płynięcia Tamizą – a całość napisana jest w sposób na styku literatury dziecięcej i dzieła, jedynie ją udającego, a skierowanego do dorosłych. Dziwne to jest dzieło, nie da się go chyba inaczej określić, ale mające w sobie wiele ciekawych elementów i prawdziwy popis wyobraźni. A przy okazji obecnie zostało bardzo ładnie wydane, bo w tej edycji mamy twardą oprawę, sporo klasycznych, najczęściej czarnobiałych, ale nie tylko ilustracji i barwione brzegi. Dla takiego wydania warto. A dla samej opowieści? Też, mimo pewnych moich uprzedzeń, to jednak klasyka literatury, którą znać zwyczajnie wypada.


Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.

Komentarze