środa, 24 kwietnia 2019

Kapitan Szpic i Czarna Niechcesete - Daniel Koziarski, Artur Ruducha

ŻARTY Z KLASYKI


Kapitan Szpic mógł powrócić albo i nie, ale powrócił i oto na rynku pojawiała się „Czarna Niechcesetę”. W tym miejscu właściwie powiedzieć mogę jedno: jeśli podobał się Wam pierwszy tom, także ten Was nie zawiedzie, bo autorom udało się utrzymać poziom. Przygotujcie się więc zatem na kolejna porcję żartów z klasyki polskiego komiksu, tym razem wspartą siłami trzech innych autorów, w tym legendarnego Tadeusza Baranowskiego.


„No, Czarna, seta na drugą nóżkę!”, „Nie! Nie! Nie chcę…”. Tak zaczynają się wydarzenia w Oszpecinach małych, gdzie trwa huczne wesele Eweliny i Andrzeja, na którym zjawiło się pół wsi. Coś jednak jest nie tak. Oto tajemnicza postać zakrada się na miejsce i próbuje zastrzelić pannę młodą. Ale czy na pewno ją? I dlaczego?
Kapitan Szpic jest już na miejscu i… Nie, nie chce zajmować się tą sprawą. Prowadzi bowiem śledztwo w sprawie zniknięcia figurki Niechcesete z kolekcji wuja panny młodej. Wuj też zniknął, kiedy niedawno wyszedł z domu z figurką właśnie. Ponieważ jednak obie sprawy są sobie bliskie, Szpic wraz z porucznikiem Michałem postanawiają rozwiązać także i tę zagadkę…


Przyznam, że nie spodziewałem się, iż ten zeszyt „Kapitana Szpica” się ukaże. Zapowiedź „Czarnej Niechcesetę” wyglądała bowiem bardziej na kolejny żart autorów, coś w stylu zwiastuna „Maczety” Roberta Rodrigueza, niż realną wzmiankę o kontynuacji. Ale tak, jak zwiastun ów był tylko żartem, z którego ostatecznie narodził się film, tak i ta parodia „Czarnej Nefretete”, jednego z albumów „Kapitana Żbika” z 1970 roku w końcu trafiła w ręce fanów. I dobrze się stało, bo to udany komiks. Specyficzny, nie dla każdego, bo typ humoru tu występujący nie jest dla wszystkich, ale tych, których kupi, będzie nieprzerwanie śmieszył przez całą długość.


A co to za typ humoru? Przede wszystkim oparty na grach słownych i związanych z tym gagach. Już sam tytuł zresztą w dość jasny sposób pokazuje Wam, z czym będziecie mieć do czynienia w środku. A humor to główny składnik „Kapitana Szpica”, na nim opiera się właściwie wszystko, łącznie z samą intrygą kryminalną. Ale oczywiście intryga także jest, do tego przygody i sporo puszczania oka do znających klasykę: a przynajmniej orientujących się nieco w komiksach z czasów PRL-u. Tym bardziej, że w tym zeszycie gościnnie pojawiają się inni, klasyczni autorzy, podkręcający tylko zabawę z tym komiksem.


Pierwszym z nich jest Jacek Skrzydlewski, autor m.in. „Planety robotów”. Drugi, Sławomir Kiełbus dał nam np. „Gwidona”. Ostatniego, Tadeusza Baranowskiego, ojca Orient-mena czy autora takich legend, jak „Skąd się bierze woda sodowa”, „Antresolka profesorka Nerwosolka” czy „Podróże smokiem diplodokiem” chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ich udział w zeszycie jest niewielki, ale całkiem miłym dodatkiem staje się wyszukiwanie ilustracji, które wszyły spod ich ręki. O ile prace pierwszych dwóch znajdziecie bez trudu, o tyle Baranowski ukrył się dość dobrze – tym lepiej, że styl Ruduchy wygląda, jak połączenia prac jego i Szarloty Pawel (oczywiście między innymi).


Wszystko to składa się na ciekawy, sympatyczny komiks. Bardziej dla starszych czytelników, z uwagi na sporą dozę żartów dwuznacznych i nutę erotyki, a już na pewno dla tych którzy z sentymentem wspominają „Kapitana Żbika” i ogólnie dzieła dla dzieci i młodzieży z czasów PRL-u. Im polecam z czystym sercem i czekam na kolejną część, bo robi się z tego ciekawa seria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz