środa, 26 czerwca 2019

Ariol: Co gryzie muchę S.? - Emmanuel Guibert, Marc Boutavant

ARIOL ZNÓW ROZRABIA


Jeden mały, niepozorny osioł, a ile potrafi! Ariol to postać, która nie ma w sobie ani szczególnej oryginalności, ani – przynajmniej pozornie – większego potencjału. A jednak, twórcy tej serii zdołali wycisnąć wszystko, co najlepsze z ogranej tematyki gadających zwierząt i typowych dla europejskich komiksów motywów niegrzecznych dzieci, kierujących się specyficzną, rozbrajającą logiką, tworząc znakomite i jakże przy tym dojrzałe dzieło dla odbiorców w każdym właściwie wieku. Dzieło, które autentycznie śmieszy, a jednocześnie skłania do myślenia, dostarczając rozrywki na naprawdę wysokim poziomie.


Tytułowy Ariol to upersonifikowany niebieski osiołek, który – jak każde dziecko – nie cierpi szkoły, porannego wstawania z łóżka i podobnych spraw. Nie uczy się najlepiej, ciągle pakuje się w jakieś tarapaty i bez chwili wytchnienia szuka przygód i rozrywki. Jako miłośnik opowieści o Superkoniu, często stara się naśladować swojego idola, ale z chęcią bawi się też w wojnę czy tajnego agenta, a każdą, nawet najzwyczajniejszą codzienną sytuację przekuć potrafi w coś szalonego i niezwykłego. W tym wszystkim nie zapomina też zarówno o przyjaciołach, jak i niespełnionej miłości.

Co na bohaterów czeka w tym tomie? Ariol zostaje zabrany przez dziadka do portu, potem wraz z kolegami stara się przetrwać ulewny deszcz, co nie jest łatwe, kiedy nosi się okulary, a później z Ramono i jego ojcem wybiera się na grzyby. Jeśli myślicie, że to koniec to poczekajcie na świąteczną historię, gdzie nasz osiołek broni Świętego Mikołaja, kolejne szkolne kłopoty czy wizytę niespodziewanego gościa, a to tylko część tego, co spotka jego i przyjaciół w tej części!


„Ariol” to świetna seria, to nie ulega wątpliwości. Już pierwszy tom był udany – nie do końca spełniony, ale udany. Potem dzieło duetu Emmanuel Guibert / Marc Boutavant zaczęło lepiej wykorzystywać swój potencjał i stało się lekturą bardzo dobrą, momentami wręcz rewelacyjną i ten poziom utrzymuje w najnowszym, piątym tomie. Zabawa z „Co gryzie muchę S.?” jest po prostu przednia. Świetny humor, trochę niegrzeczny, oparty na podobnym typie dowcipów, co „Titeuf”, ciekawe przygody, niezwodna logika bohaterów wzorowana na takich dziełach, jak „Mikołajek”, która popycha ich w ramiona kolejnych dziwnych sytuacji – każdy z tych elementów tu jest na swoim miejscu. Podlany na dodatek nutą satyry i obowiązkowym przesłaniem.


A wszystko to zostało znakomicie zilustrowane. Prosta, cartoonowa kreska i wyraziste kolory, które widzicie na okładce to jedno. Znajdziecie je w komiksie, ale oprócz tego czeka tam na Was sporo innych rzeczy, takich, jak świetnie uchwycone tła czy momentami wprost rewelacyjny klimat (gdy do historii wdziera się mrok), budowany za sprawą brudnych barw. Dzięki temu „Ariola” ogląda się z wielką przyjemnością – z taką samą zresztą, z jaką się go czyta. Chyba nie trzeba dodawać już nic więcej, prawda?


Jeśli więc szukacie dobrego komiksu dla dużych i małych, takiego, przy którym świetnie będziecie się bawić niezależnie od wieku, zainteresujcie się „Ariolem”. To jedna z najlepszych serii, a poszczególne jej tomy można czytać bez znajomości reszty cyklu. Najlepiej jednak od razu zaopatrzcie się we wszystkie pięć dotychczas wydane części, bo założę się, że na jednej nie poprzestańcie.


Dziękuję wydawnictwu Adamada za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza