WIELKA MIERNOŚĆ
Jak można zepsuć materiał samograj, którego
zdawałoby się nic nie zdoła popsuć? A no to pokazał i Francis Lawrence, reżyser
tego filmu, jak i jego scenarzysta: JT Mollner, którzy zaserwowali nam bardzo
ubogą adaptację „Wielkiego marszu” Kinga. Z tą ubogością to by nawet pasowała,
bo książka ascetyczna, bohaterowie tylko idą i gadają, od czasu do czasu ginąc.
Tu nie trzeba wiele, wystarczy skupić się na mrocznej, paranoicznej wizji i
wziąć dobrych aktorów, resztę poniesie sam pomysł. A i to udało się twórcom
spartaczyć. Film przez większość seansu jest jednak niezły, dopiero zmienione
względem pierwowzoru beznadziejne zakończenie, tak wyładowane patosem, że chce
się zwrócić obiad, psuje wrażenia. Ale nawet gdyby niezły pozostał, to i tak
byłoby o wiele za mało, jak na materiał, który adaptował.
Ameryka pod totalitarnymi rządami to miejsce, gdzie
nie liczy się życie, a pokazanie, kto ma nad nim władzę. Dlatego też powstało
show – „Wielki marsz”, którego uczestnicy maszerują przed siebie, aż… aż nie
zostanie tylko jeden. Jeden żywy. Bo tu się umiera. Upadniesz i nie wstaniesz?
Kula w łeb. Zamarudzisz za długo? Kula w łeb. Zbuntujesz się? Kula w łeb. Ray
Garraty, jak wszyscy, idzie, bo chce wygrać, ale wygrana to dla niego nie cel,
a środek do celu. Co nim jest? I czy mu się powiedzie?
Pomysł samograj, nawet na niszowe kino. Rzecz,
która mogła tętnić od napięcia, paranoicznej grozy ludzkiego okrucieństwa i
przejmować nas na wielu poziomach, jednocześnie poprawiając błędy i wpadki
wersji książkowej (są tam spore wpadki w wątku dbania o higienę). Rzecz, która
miała pełne prawo być najlepszą ekranizacją Kinga od lat, drugim „Stań przy
mnie”, bo tam też bohaterowie szli i gadali, ale tu jeszcze doszedłby wymiar
ciągłego zagrożenia i wiecznej niepewności. A wzięli to i spartolili. Grupka
dzieciaków idzie na śmierć, będą ginąć, a oni sobie maszerują jakby na biwak
szli. Niby coś ich tam motywuje, niby powinno wynikać z tego napięcie, ale
niestety, wychodzi lekki filmik, aż brakuje żeby śpiewali wesołe piosenki.
Okej, dzięki samemu dość chwytnemu pomysłowi, film
mimo to ogląda się nieźle. Ma nieco klimatu, sam motyw marszu plus konwencja
pieszego kina drogi swoje robią, a i obsada nie jest zła, chociaż też nie ma tu
nikogo, kto naprawdę udźwignąłby ciężar roli – nie grają źle, ale nie ma tu też
roli, która robiłaby wrażenie, a jednak to na aktorach spoczywała większość
ciężaru filmu i przekazywania emocji. Powinniśmy się z nimi zżyć, współczuć im,
kibicować, ale niewiele nas obchodzą. Seans jednak do pewnego momentu jest
nawet fajny, choć mocno letni, ale wtedy wjeżdża finał i… Przedobrzył
scenarzysta, przesadził i poszedł w kicz, tandetę, sztampę i patos. Logiki w
tym nie ma, wszystko się rozjeżdża i psuje całość. To ledwie kilka minut, a pogrąża
„Wielki marsz”. Wydaje się niemożliwe? A jednak.
W skrócie: miał być „Wielki marsz”, jest wielka
mierność. Nie spodziewałem się adaptacji na miarę „Lśnienia”, ale liczyłem
chociaż na rzetelną robotę, a nie potraktowanie całości, jakby z góry było wiadome,
że słabo to wyjdzie, więc po co się starać. Obejrzeć można, ale w zasadzie po
co?

Komentarze
Prześlij komentarz