sobota, 27 lipca 2019

Labirynt Fauna - Cornelia Funke, Guillermo del Toro

PO PROSTU DARK FANTASY


Guilermo del Toro to dość przeciętny filmowiec, który częściej zawodzi oczekiwania widzów, niż ich zachwyca. Jednakże w 2006 roku stworzył dzieło, które autentycznie robiło spore wrażenie. Mowa oczywiście o baśniowym horrorze mocno zakorzenionym w tragicznych historycznych wydarzeniach, jakim był „Labirynt fauna”. Co prawda po lekturze „Kształtu wody” wątpiłem bym kiedykolwiek chciał sięgnąć po jakakolwiek książkę autora – pisarz z niego jeszcze gorszy niż reżyser – ale dla tej powieści zrobiłem wyjątek. Nie spodziewałem się cudu i cud się nie zdarzył, ale też i nie zawiodłem się tak bardzo, jak się tego obawiałem.


Hiszpania roku 1944. Trzynastoletnia Ofelia przenosi się wraz z matką do swojego ojczyma, Vidala, owładniętego obsesją polowań na członków ruchu oporu. Kiedy pewnego dnia odwiedza ją tajemniczy faun, który przynosi dziewczynce szokujące wieści. Od tej chwili czeka ją niezwykła przygoda, która może skończyć się równie szczęśliwie, co tragicznie…


Cornelia Funke, współautorka tej powieści, w posłowiu napisała, że ekranizacje książek często nas rozczarowują. Jeszcze częściej jednak zawód przynoszą książki na podstawie filmów. Właściwie trudno znaleźć mi podobna adaptację, która była naprawdę dobra – większości nawet nie byłem w stanie doczytać. „Labirynt fauna” jest niezły, nie wybitny, ale całkiem sympatyczny. Fabularnie rzecz wiernie trzyma się litery pierwowzoru, więc nie zawodzi na tym polu. Funke na prośbę Del Toro rozwinęła całość, ale postarała się ograniczyć jedynie do przerywników w postaci krótkich opowiadanek wtrąconych do tekstu, a nie ingerencji w samą opowieść. Historyjki te właściwie nic nie wnoszą do historii, a ich największym plusem jest niewielki rozmiar, ale fani pierwowzoru z pewnością z chęcią je przeczytają.


Fabuła więc nie zawodzi, ale pewnym rozczarowaniem staje się sam styl. Historia nie jest przeznaczona dla dzieci, są w niej makabryczne i mocne momenty, ale twórcy postanowili zaprezentować całość w formie jak najbardziej dostosowanej dla młodych odbiorców. Z ciężkiej opowieści o ucieczce przed wojennymi i domowymi traumami w świat fantazji (nieoczywistej, bo sugerującej, że możemy jednak mieć do czynienia z czymś rzeczywistym), z przejmującego dramatu zamkniętego w ramach realizmu magicznego, w rękach Funke „Labirynt Fauna” staje się typowym dark fantasy. Lekkim, prostym (czasem aż nazbyt prostym, bo zdania sprawiają wrażenie pisanych przez niewprawionego autora), ale na szczęście niezłym.


Powieść w pewnym stopniu ratuje też dobre wydanie. Twarda oprawa, obwoluta, sympatyczne ilustracje zdobiące całość. Szkoda, że nie powstało z tego dzieło stricte dla dorosłego czytelnika. Może wtedy udałoby się wykorzystać potencjał tkwiący w opowieści. A tak dostajemy kolejną, podobną lekturę dla nieco starszych dzieci i młodzieży. Niezłą – tylko tyle, i – patrząc na to, jak wyglądają inne podobne dzieła – aż tyle. Fani pierwowzoru śmiało mogą sięgnąć i skonfrontować obie wersje.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

1 komentarz:

  1. Filmu nie oglądałam, chociaż temat realizmu magicznego nie jest mi obcy... No, ale po książkę chętnie sięgnę, bo jestem ciekawa takiego eksperymentu. :)

    OdpowiedzUsuń