poniedziałek, 9 grudnia 2019

Punisher Max, tom 7 - Garth Ennis, Darick Robertson, Goran Parlov, John Severin, Lewis LaRosa, Richard Corben

POCZĄTEK I KONIEC PUNISHERA


Po pięciu zbiorczych tomach serii „Punisher: Max” – serii Gartha Ennisa pokazującej alternatywne losy tytułowego bohatera – Egmont, zamiast zaserwować nam pozostałe opowieści autora, wypuścił na rynek tom 6 z historiami innych artystów. Na szczęście teraz dostajemy niemal pięćset stronnicowy album zbierający miniserie i pojedyncze komiksy Ennisa o Franku Castle. Na szczęście, bo to najlepszy z dotychczas wydanych w Polsce „Punisherów: Max” o ile nie najlepszy, jaki kiedykolwiek z tym bohaterem trafił na nasz rynek.


W jego skład wchodzi sześć opowieści. W miniseriach „The Platoon” i „Born” przenosimy się do czasów, kiedy Frank nie był jeszcze Punisherem, a walczącym w Wietnamie żołnierzem. W tej pierwszej, obserwujemy przebieg jego pierwszej tury, w drugiej konflikt jest już bliski zakończenia, jednak Castle, dowódca jednego z oddziałów nie może się z tym pogodzić. Opętany żądzą walki nie zamierza tak szybko wrócić do domu...

W kolejnej historii wracamy do postaci Barracudy tuż po jego pierwszym starciu z Punisherem. Przeciwnik wraca zza grobu i zostaje najemnikiem. Wkrótce jednak przekonuje się, co znaczy praca w roli ochroniarza syna jednego z mafijnych bossów.

Dalej czekają nas trzy krótkie opowieści. W „The Tyger” Punisher poluje na gangsterów. Siedząc na dachu budynku z karabinem w dłoni i czekając, zaczyna wspominać swoje dzieciństwo. W „The Cell” Frank trafia do więzienia. Wreszcie w „The End” zaś trafiamy do przyszłości, gdzie świat wisi na krawędzi zagłady atomowej. Frank został złapany, kiedy się zestarzał, i osadzony w więzieniu. Strażnicy ostatnie godziny życia spędzają na dobijaniu więźniów, kiedy jednak docierają do izolatki dawnego Punishera, dochodzi do uderzenia, a spotkanie oko w oko z Frankiem, nie skończy się dla nich najlepiej. Rok później Frank wychodzi na powierzchnię zniszczonej ziemi z jednym celem, kontynuowaniem swej krucjaty za wszelką cenę. Nawet kosztem przetrwania gatunku ludzkiego…


Co tu dużo mówić, jak każdy komiks Ennisa, tak i ten to dzieło mocne, kontrowersyjne, brutalne i przeznaczone stricte dla dorosłego czytelnika. Przede wszystkim jednak naprawdę warte przeczytania i polecenia każdemu, kto wie, że komiks to sztuka w niczym nie ustępująca kinu czy literaturze. Bo dzieła Gartha Ennisa, twórcy niezapomnianego „Kaznodziei”, to, podobnie jak filmy Tarantino, pozycje które w lejącej się krwi, wszędobylskim brudzie i odczłowieczeniu odnajdują głębię i prawdę, które przekazują nam w sposób porażający i zapadający w pamięć. Szczególnie, gdy autor porusza jeden ze swoich ukochanych tematów: wojnę.


Siódmy tom „Punishera: Max” to dzieło, które miłośnikom pisarstwa niepokornego Irlandczyka dostarcza wszystkiego tego, za co kochają jego prace. Jest więc brutalna przemoc, wojenna rzeczywistość odarta z wszelkiego patriotyzmu i ideałów, a skoncentrowana na nieludzkim okrucieństwie, bólu i strachu (bo taka jest wojna, a kto w to wątpi, musi być strasznie naiwny albo za bardzo dał sobie wyprać mózg pięknymi przemowami o służbie dla kraju etc.), jest seks, są aborcja, śmierć, religia (oczywiście!), odpowiedzialność za własne czyny... Typowe ennisowe motywy można by mnożyć i mnożyć, ale po co, skoro każdy zainteresowany albo już doskonale je zna, albo dopiero pozna i przekona się na własnej skórze, co autor potrafi. A jest o czym się przekonywać, bowiem Ennis to autor nietuzinkowy i mówiący brudną prawdę bez ogródek. Mogę się z nim nie zgadzać, mogę czuć się odrzucony czy zniesmaczony, ale cenię zawsze – i tak samo jest ze wszystkimi myślącymi czytelnikami, którzy oczekują świetnej psychologii, zaskakujących opowieści i nuty czegoś niezwykłego – jak choćby temat demonów nękających Franka (skojarzenia z „Zabij albo zgiń” jak najbardziej słuszne, ale „Born” był przecież pierwszy).


A szata graficzna? Cóż, jak pozostałe tomy serii, tak i ten jest pod tym względem udany. Czasem realistyczny i klimatyczny, czasem prostszy, to znów brudny i mroczny, robi wrażenie, wpada w oko i dobrze oddaje to, co oddawać ma, choć zdarzają się także słabsze elementy. Kolor też pasuje do niego idealnie, a samo wydanie jak zwykle nie zawodzi i bardzo ładnie prezentuje się na półce. Wszystko to składa się na mroczny, mocny, klimatyczny komiks. Komiks, który zachwyci zarówno miłośników Punishera, jak i nawet tych, którzy nie tylko nie trawią tej postaci, ale i opowieści graficznych w ogóle. I nawet chyba najbardziej nadużywany wiersz w dziejach historii rysunkowych (przez co trąci już kiczem – czy nikt nie zna innej poezji?), czyli „Tygrys” Blake'a, który pojawia się na stronach tomu, nie jest w stanie osłabić mocy całości.


Dlatego polecam całość Waszej uwadze i to jeszcze jak. Rozejrzyjcie się za tym tomiszczem wśród nowości, bo to doskonałe uzupełnienie kolekcji o Punisherze, album idealny by zacząć swoją przygodę z tą postacią i świetna rzecz dla każdego dojrzałego czytelnika chcącego czegoś, co nim wstrząśnie i nie pozostawi obojętnym. Oby Egmont wydał wkrótce inne opowieści o Franku Castle, jak „Welcome Back, Frank”, „Punisher Kills the Marvel Universe” czy „Punisher Vol. 4”.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza