czwartek, 18 czerwca 2020

MW - Osamu Tezuka

KSIĄDZ, MORDERCA I TAJEMNICE


Ta historia nie brzmi, jakby stworzył ją Osamu Tezuka. Seryjny porywacz i morderca wraz z księdzem, który jest jego kochankiem, próbuje zająć się rządowy spiskiem – tak w skrócie można opisać treść „MW”. Brzmi, jak coś, co wyszło spod ręki Gartha Ennisa, a nie twórcy „Atoma” czy „Black Jacka”, prawda? A jednak właśnie takie dzieło stworzył w latach 1976-1978 Tezuka, wkraczając na grunt opowieści dla dorosłych. I zrobił to w świetnym stylu, o wiele bardziej udanym, niż można by sądzić po tym, co napisałem powyżej.


Tytułowy MW to gaz bojowy, który piętnaście lat temu wyciekł na wyspie Okinomafune. Wypadek ten, który japoński rząd zatuszował, przeżyli tylko dwaj ludzie: Michio Yuuki i Garai. Teraz Michio pracuje w banku i wydaje się miłym, normalnym mężczyzną. Problem w tym, że zatrucie gazem wywołało zmiany w jego psychice, przez co jednocześnie działa, jako bezlitosny porywacz, który najczęściej morduje swoje ofiary. Garai został księdzem, ale jednocześnie jest także kochankiem Michio. Obaj starają się odnaleźć MW, ale z jakich tak naprawdę powodów?


Na przełomie lat 60. i 70. XX wieku narodził się nurt gekiga, który w skrócie można było określić, jako próbą przeniesienia typowych opowieści graficznych na grunt dla dorosłych. „MW” było odpowiedzą Tezuki na dokonania artystów reprezentujących ten nurt. I to odpowiedzią bardzo udaną, mocną, kontrowersyjną… Autor pragnął zerwać z dotychczasowym wizerunkiem, pragnął stworzyć coś mocnego i dojrzałego, poruszającego ważne tematy społeczne, ale też i będącego kryminałem, w którym autor mógłby pokazać wszystkie możliwe odcienie ludzkiego zła. Ambitny ten zamysł zdaniem samego autora nie wyszedł. Tezuka w posłowiu narzeka, że jego brak wyczucia snucia opowieści doprowadził do tego, iż „MW” dobiegło końca, nim mógł pokazać wszystko, co chciał.


Nawet jeśli jednak artysta nie był w stanie ukazać tego, co chciał, to co powstało jest wprost rewelacyjne. „MW” to mocny, zaangażowany komiks, który czyta się z napięciem. Fascynuje, odpycha, drażni, wywołuje emocje, ciekawi… Potwierdza to także fakt, że kiedy w roku 2007 trafił w końcu na rynek amerykański, był nominowany do najważniejszego wyróżnienia komiksowego, nagrody Eisnera w kategorii „Najlepsze wydanie zagranicznego dzieła” (przegrał niestety z „Tekkonkinkreet”), a także to, że dwa lata później doczekał się filmowej adaptacji. Wszystko to pokazuje z jak znakomitą mangą mamy tu do czynienia. Mangą utrzymaną na poziomie „Do Adolfów” i „Ayako”, więc jeśli podobały się Wam tamte opowieści, „MW” powinniście koniecznie poznać.


Bo to zarówno świetna historia kryminalna, jak i zaangażowany społecznie komiks, thriller czy opowieść obyczajowa o szaleństwie. Specyficznie narysowana, bo utrzymana na styku mangowej i disnejowskiej estetyki, może wydawać się dziwna, ale ujmuje także i na tym polu. Wszystko to zaś wieńczy absolutnie rewelacyjne wydanie w twardej oprawie, które pięknie prezentuje się na półce. Reasumując: uczta dla miłośników dobrych, ponadczasowych komiksów. Klasyka i klasa sama w sobie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza