wtorek, 1 września 2020

Plunderer #10 - Suu Minazuki

WYPRAWA PO ARTEFAKTY


Ech jaki ten „Plunderer” jest dobry. Nie sądziłem, że tak będzie, bo pierwszy tom był typowym komediowym bitewniakiem, może i podlanym większą dawką mroku, ale jednak nie wyłamującym się ze schematów. Potem jednak okazało się, że to o wiele bardzie złożona i fascynująca rzecz i… Wciąż nią pozostaje, chociaż po raz kolejny przeszła przemianę. I właśnie takim fascynującym, a przy okazji porywającym i urzekającym komiksem jest właśnie tomik dziesiąty, który serwuje nam taką porcję przeżyć, że nie da się od niego oderwać dopóki nie dobrniemy do ostatniej strony i tylko pozostaje wtedy uczucie niedosytu.


Zmagania naszych bohaterów trwają. Tym razem wszyscy wyruszają do stolicy, gdzie chcą odnaleźć brakujące artefakty. Nie mają jednak pojęcia, co tam na nich czeka. Czyżby ci, których mieli za zmarłych wciąż jeszcze żyją? Wszystko to prowadzi do wydarzeń, które będą miały tragiczny finał…


Kto czytał „Bakumana”, mangę wnikającą bardzo głęboko w biznes japońskiego komiksu, a shouneny w szczególności, doskonale wie, jak to z mangami dla nastoletnich chłopców bywa. Wielu autorów chce iść pod prąd, zaczyna więc tworzyć np. komedie, ale robi je tak, by mieć możliwość zmiany w bitewniak, gdyby się nie sprzedawała. Bo właśnie bitewniaków oczekują młodzi odbiory – jeśli spojrzycie na najważniejszego przedstawiciele shounenów, czyli „Dragon Balla”, zobaczycie jak bardzo jest to wyraźne. „Plunderer” zaczynał podobnie. Nie wiem, jaki był pierwotny zamysł autora, choć widać od początku, że zaplanował on sobie konkretną fabułę, ale seria debiutowała jako komedia pełna majteczkowych scen. Potem zaczęła się zmieniać i…


… W końcu stała się taka, jaką czytamy ją teraz. Może nie do końca, bo przez kilka tomów autorów mocno skupiał się na budowaniu wielopiętrowych często tajemnic, a te nieco już się wyczerpały, ale cała reszta pozostała taka sama. A zatem „Plunderer” wciąż jest komedią i wciąż nie żałuje nam widoku majteczek. Wciąż także jest bitewniakiem: dynamicznym i mrocznym, przeznaczonym bardziej dla starszych nastolatków, niż ich młodszych kolegów. I wciąż potrafi także wzruszyć, a to w shounenach nie zdarza się często.


Za to, jak na shounena przystało, jest bardzo ładnie zilustrowany. Duża ilość czerni i rastrów, bogactwo detali, dynamika i niesamowity klimat zmieniają „Plunderera” w znakomite dzieło, które ogląda się tak samo, jak czyta – z wielką przyjemnością i ochotą na więcej. Jeśli jeszcze go nie znacie, a cenicie mangi z  tego gatunku, poznajcie koniecznie, bo jest tego absolutnie wart.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza