czwartek, 24 grudnia 2020

Kevin sam w domu

30 LAT DOMOWEJ SAMOTNOŚCI

 

W tym roku „Kevin sam w domu”, jeden z najbardziej kultowych dla Polaków filmów w dziejach kina, obchodzi trzydziestolecie swojej premiery. To doskonała okazja by raz jeszcze przypomnieć sobie o tym dziele i zastanowić się nad jego fenomenem. Co prawda przypominać nie ma czego, skoro rodzime stacje telewizyjne emitują go kilka razy do roku, nawet w środku lata, ale jest to film o którym mówić można w nieskończoność.

 

Fabułę „Kevina” zna każdy, ale dla formalności przypomnę o co w tym wszystkim chodzi. Rodzina Kevina szykuje się do wyjazdu na Święta. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, dom przygotowany by nie okradli go grasujący w okolicy złodzieje, krewni zebrani… Co może pójść nie tak? Z powodu awarii prądu budzik nie działa, familia zasypia i w pośpiechu zapomina o młodym Kevinie. Ten początkowo cieszy się, że jego bliscy zniknęli, szybko jednak zaczyna tęsknić. A co gorsza bandyci chcą napaść na jego dom i tylko dzielny chłopak będzie musiał ich powstrzymać…

 

O „Kevinie” mówić można w nieskończoność, przytaczając wszelkiej maści ciekawostki. Że rzecz była kręcona w ciepłą zimę, gdy niemal nie było śniegu i trzeba było to nadrabiać udającymi biały puch płatkami ziemniaczanymi, które potem zmieniały się w śmierdzącą breję. Że trudno było kręcić niektóre ujęcia w domu, więc odtworzono go w budynku liceum, które wcześniej występowało w takich filmach jak „Wujek Buck” (to stąd podkradziono Culkina, wymyślając rolę Kevina specjalnie dla niego) czy „Wolny dzień Ferrisa Buellera” (oba to wcześniejsze filmy scenarzysty „Home Alone”)… Ale to każdy może znaleźć w internecie. Mógłbym pokusić się o dekonspirację mitu, jakoby w jednej ze scen pojawił się Elvis Presley, który wtedy już nie żył, ale tego też już dokonano. Teorie odnośnie całości? Tych jest na pęczki, od tego, że sąsiad „morderca” to tak naprawdę Kevin z przyszłości, przez sugerowanie, że gość od polki to tak naprawdę diabeł, który podwiózł matkę Kevina w zamian za duszę, po sugestie, że John z „Piły” to tak naprawdę dorosły Kevin. Ale po co, przejdźmy do sedna czyli do tego, dlaczego ten film tak się podoba.

 


Winna oczywiście jest miłość do Świąt. John Hughes musi kochać to święto, skoro dał nam takie filmy, jak „W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju”. Ale i Chris Columbus, który wyreżyserował „Samego w domu” to gwiazdkowy fanatyk, który pragnął uczynić film jak najbardziej nastrojowym, więc postawił na to, by nawet dekoracje były w kolorach zielonym i czerwonym. Nastrój panujący w filmie idealnie pasuje do pory roku, ale w dużej mierze siła produkcji tkwi nie tylko w tym i humorze, ale też i pozornym realizmie. Realizmie mocno czerpiącym z kreskówek, ale jednak pozwalającym poczuć, że to mogło się wydarzyć. Reżyser i operator zadbali bowiem o to, by przestępcy przekonywali. Nie są to złe do szpiku kości bandziory, w swoim fachu to pierdoły, ale w odróżnieniu od innych podobnych filmów (plus kolejnych części „Kevina” od trzeciej wzwyż), nie mówią, jak idioci, nie robią debilnych min, a nawet kiedy serwują nam coś z nadmierną, wymaganą przecież przez konwencję ekspresją, robią to w sposób przekonujący. I to sprawia, że nawet dorośli dają się wciągnąć i nie zgrzytają zębami.

 


Nic więc dziwnego, że film sprzedał się na całym świecie tak dobrze. Co prawda za granicą żartują nawet z uwielbienia Polaków, jakim ci darzą produkcję, ale pamiętajmy, że „Kevin sam w domu” zarobił niemal pół miliarda, co dało mu pierwsze miejsce na liście najlepiej zarabiających komedii fabularnych, a zarazem światowy rekord Guinnessa w tej kategorii. I dopiero w 2011 roku „Kac Vegas II” zdołało pobić go na tym polu. Co więcej „Home Alone” w czasach, gdy był wyświetlany w kinach, dzierżył tytuł trzeciego najlepiej zarabiającego filmu w dziejach (lepiej poradziły sobie tylko pierwsze „Gwiezdne wojny” i E.T.”), a do 2018 pozostawał najlepiej zarabiającym filmem świątecznym (pobił go nowy „Grinch”). Dlaczego? Polskie uwielbienie Kevina tłumaczy się zarówno wielkim przywiązaniem do świąt i tradycji (dlaczego w takim razie inne, podobne filmy nie zdobyły takiego statusu?), jak i tym, że był to jeden z pierwszych amerykańskich filmów familijnych w polskich kinach po upadku PRL-u i stanowił powiew świeżości (i znów można zadawać podobne pytania czemu mimo wszystko padło na niego, skoro były też inne produkcje), ale jak to jest na świecie?

 


Cóż, pamiętajmy, że John Hughes, który w tamtym momencie miał na koncie najlepsze filmy z „Krzywym zwierciadłem” w tytule („Wakacje”, Europejskie wakacje” i „Witaj Święty Mikołaju”), „Szesnaście świeczek”, „Klub winowajców”, „Dziewczynę w różowej sukience” czy „Samoloty, pociągi i samochody” był darzony swoistym kultem i gwarantem sukcesu. Kino familijne samo w sobie również niemal zawsze świetnie się sprzedaje, tak samo jak sezonowe. Siłą tego filmu pozostaje jednak fakt, że mimo pewnych niedociągnięć i naiwności, nie jest infantylny, że nie traktuje widzów jak idiotów i nie próbuje na siłę wzruszać. Kevin przekonuje, bo jest dzieckiem, jakich wiele – złości się, psoci, jest dobry, ale daleko mu do bycia wzorem – a jego rodzina jest pełna wad, w których każdy odnajdzie coś z własnego otoczenia. Nie wyjaśnia to wszystkiego, ale wszystkiego wyjaśnić się nie da. Analiz jest wiele, teorii jeszcze więcej, prawda jest jednak taka, że po prostu „Home Alone” trafiło w swój czas i tyle. W końcu nie jest to wielki film, każdy z tym się zgodzi (ja przez wiele lat unikałem go jak ognia, mając dość tak jego, jak i wszelkiej, świątecznej skomercjalizowanej propagandy, jaką wciska się nam co roku na każdym kroku – dopiero moja lepsza połowa swoim uwielbieniem Świąt Bożego Narodzenia to zmieniła). Ma jednak swój urok, ma klimat, ma charakter i nawet jeśli widziało się go już tyle razy (telewizja serwowała nam już dobrych czterdzieści emisji), nie nudzi i bawi tak samo, jak przed laty.

 

I tak będzie już zawsze. Trendy będą się zmieniać, hitów będzie przybywało, a „Home Alone” (niestety) doczeka się kolejnych odsłon, plagiatów albo remake’ów, ale „Kevin” może być tylko jeden – oczywiście w dwóch odsłonach, bo „Sam w Nowym Jorku” jest produkcją równie udaną, co pierwsza część – i nigdy nie przestaniemy go lubić. W końcu część jego siły tkwi w ponadczasowości, odświeżaniu tradycji i graniu na sentymentach, które istnieć będą tak długo jak istnieją sami ludzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz