wtorek, 6 kwietnia 2021

Last Man #5 - Bastien Vives, Michael Sanlaville, Yves Balak

EUROPEJSKI SHOUNEN

 

Ta seria miała wszelkie prawo się nie udać, bo żeby tworzyć coś na kształt mangi poza granicami Japonii, trzeba spełniać pewne standardy a „Last Man” graficznie ich nie spełnia. A jednak udała się i to zadziwiająco dobrze. Tak dobrze, że z każdym kolejnym tomem, nawet jeśli na początku nie byłem do całości przekonany, bawię się chyba tylko lepiej i czekam aż kolejne części pojawią się na rynku. A czekać jest na co, bo idąc drogą mangowych tasiemców, „Last Man” w chwili, gdy pisze te słowa, liczy już jedenaście tomów, co cieszy, bo polubiłem ten cykl.

 

Wielki turniej trwa! Docieramy w końcu do ćwierćfinałów, ale pozostaje jeszcze kwestia złodzieja. Gdy zmagania na różnych polach trwają, powoli zbliżą się pora by odkryć, co znajduje się poza Doliną Królów. Kto wygra, a kto przegra? Co jeszcze czeka na naszych bohaterów? I dokąd ich to wszystko zaprowadzi?

 

Światowi twórcy mangą inspirowali się od dekad, jeszcze nawet w czasach, kiedy nie było boomu na azjatycką kulturę i popkulturę. Spójrzcie tylko na serię „Usagi Yojimbo”, którą można uznać za amerykańską mangę – tym bardziej, że tworzył ją Amerykanin o japońskich korzeniach. Albo na zapomniane już tytuły znane z polskiego rynku, jak „Dirty Pair” czy „Ninja Boy”. To oczywiście najbardziej oczywiste przykłady, ale pamiętajcie, że m.in. Frank Miller tak zachwycał się japońskimi komiksami, że ich elementy, estetykę etc. przenosił do swoich dzieł („Ronin”, „Wolverine”, „Sin City”, „Daredevil”, „Elektra” czy nawet „Mroczny Rycerz Kontratakuje”), a Rick Remender stworzył przesycone mangowymi klimatami „Tokyo Ghost”. Długo można by wymieniać. Jeśli chodzi o rynek europejski to nie został on wcale w tyle, quasi mangi tworzyli nawet Polscy autorzy, we Francji powstał np. „Radiant”. No i mamy też „Last Mana”.

 


„Last Man”, graficznie, daleki jest od mang. Owszem, pewne ich elementy zachował (szata graficzna jest czarnobiała, choć na początku tomików mamy kolorowe strony – zupełnie jak w japońskich komiksach), ale jest o wiele prostszy. Japończycy dbają o detale i realizm, tu tego nie ma. Podobnie, jak wielkich oczu i im podobnych, charakterystycznych elementów. Ale pod względem fabularnym seria ta to typowy dla mang typu shounen (czyli skierowanych do nastoletnich chłopców) bitewniak, który ma sporo do zaoferowania tak nowym odbiorcom, jak i fanom gatunku.

 

Jak na opowieść o walkach przystało, akcja jest tu szybka i dynamiczna. Walki, które wiele zawdzięczają legendarnemu „Dragon Ballowi” (korzystanie z pewnych wewnętrznych mocy, turniej walki etc.), stanowią sporą część fabuły. Ale jednocześnie mamy tu typowe dla shounenów żarty, nutę erotyki, fantastykę z nieźle zaprojektowanym światem itd., itd. W konsekwencji całość czyta się lekko, szybko i przyjemnie, widać w tym wszystkim miłość do mang i to, że twórcy po prostu chcą się bawić swoją opowieścią i ta zabawa udziela się nam. Kto lubi fantastyczne komiksy akcji, niezależnie czy przepada za mangą, czy nie, w „Last Manie” znajdzie coś dla siebie.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza