Gościnny umarł. Tak to już w życiu bywa. Już trochę
lat od tego momentu minęło, ale kiedy ta chwila wówczas nastała, niejeden
czytelnik i wydawca zadawał sobie pytanie, co dalej. Bo Goscinny to był płodny
twórca, ale i marka. „Lucky Luke”, „Mikołajek”, „Iznogud” czy „Asteriks” to
tylko niektóre z jego wielkich dzieł. Wrosły w popkulturę, w kulturę, w nasze
życie. Nie mogły ot tak zniknąć. I nie zniknęły, bo najczęściej to właśnie rysownicy
danych serii przejęli wówczas także obowiązki scenarzysty o tak też było z
przygodami dzielnych Galów. I początkowo średnio wychodziło to Uderzo – nadal
miało swój urok, ale już nie taki – niemniej z czasem zaczęło się robić
ciekawie. I to dość szybko, bo już ten drugi solowy album, z którym mamy tu do
czynienia, pokazuje, że autor ten dobrze czuje cykl i całkiem przyjemnie był w
stanie go poprowadzić.
Wiecie, jak to jest. Galijska wioska stawia opór
najeźdźcy, bo Rzymianie podbili już wszystko wokół poza nią, a Rzymianie, no
cóż, chcieliby podbić wszystko bez wyjątków. Więc próbują dalej – działań
wprost, forteli, sztuczek, podstępów, ataków… Tym razem do osady wysłany
zostaje Zerozerosiódmiks, tajny agent, który ma prosty cel: wykraść recepturę magicznego
wywaru, który Galom daje nadludzkie moce. No ale z tym napojem jest kłopot, bo
dostawca nie dowiózł niezbędnego składnika. I tu na scenę wkraczają,
oczywiście, Asteriks i Obeliks, którzy będą musieli wyruszyć do Mezopotamii,
żeby zdobyć brakujący olej. Ale nie są
sami, w tej odysei towarzyszy im Zerzerosiódmiks, który nie przestaje
przekazywać informacji swoim mocodawcom. Czy jego misja się powiedzie?
Ten album powstał między „Wielkim rowem”, a „Synem
Asteriksa”. „Rów” był niezły, ale mocno inspirowany literaturą, co aż tak
dobrze do tej serii nie pasowało. „Syn” był już bardzo przyjemny i z pomysłem. „Odyseja
Asteriksa”, do znalezienia w ofercie księgarni TaniaKsiazka.pl, jest gdzieś
pomiędzy nimi także na tym poziomie. Bo Uderzo nie stawia jeszcze tka mocno na
własne pomysły, ani też zbyt mocno nie czerpie z kultury. Zamiast tego bierze
trochę z Bonda, dużo z typowych „Asteriksów” i… I dobrze mu to wychodzi. Dzięki
temu niniejszy komiks okazuje się całkiem satysfakcjonującą, wciągającą i
świetnie podaną rozrywką, którą chce się poznać. Ja wiem, że Asteriks i Obeliks
już nie raz, nie dwa i nie trzy ruszali w podróż, ale to jeden ze schematów,
jakie się sprawdzają znakomicie.
I można mówić, że fabularnie Uderzo nie jest może
tak odkrywczy, jak byłby Goscinnego, ale i tak pozostaje zabawny, pełen
przygód, akcji, humoru, satyry i tego klimatu, za jaki kochamy serię. Widać, że
zżył się z nią, rysując ją przez dekady, widać, że ją czuje. I widać, że wie,
co robi, bo rzecz pozostaje też ponadczasowa i przeznaczona dla czytelników w
każdym wieku, czyli taka, jaka być powinna.
A przede wszystkim wiem, jak powinna być zilustrowana. Jego rysunki zawsze były bardziej nowatorskie i także bardziej szczegółowe, niż u konkurencji. Także pod względem doskonałego koloru. I to się nie zmieniło. Masa jest klasyki komiksu europejskiego, która na tym poziomie zachwyca, ale to prace Uderzo chyba są najlepsze. A „Asteriks” jest najlepszą z nich. Warto. Może nie tak, jak najlepsze tomy serii, ale nadal. I to bardzo. I tylko mam jeszcze nadzieję, że to nie koniec wznowień i choćby nieobecne od dekady „Galijskie początki” wrócą na polski rynek.



Komentarze
Prześlij komentarz