Asteriks #26: Odyseja Asteriksa – Albert Uderzo

ZEROZEROSIÓDMIKS: W TAJNE SŁUŻBIE JEGO CESARSKIEJ MOŚCI

 

Gościnny umarł. Tak to już w życiu bywa. Już trochę lat od tego momentu minęło, ale kiedy ta chwila wówczas nastała, niejeden czytelnik i wydawca zadawał sobie pytanie, co dalej. Bo Goscinny to był płodny twórca, ale i marka. „Lucky Luke”, „Mikołajek”, „Iznogud” czy „Asteriks” to tylko niektóre z jego wielkich dzieł. Wrosły w popkulturę, w kulturę, w nasze życie. Nie mogły ot tak zniknąć. I nie zniknęły, bo najczęściej to właśnie rysownicy danych serii przejęli wówczas także obowiązki scenarzysty o tak też było z przygodami dzielnych Galów. I początkowo średnio wychodziło to Uderzo – nadal miało swój urok, ale już nie taki – niemniej z czasem zaczęło się robić ciekawie. I to dość szybko, bo już ten drugi solowy album, z którym mamy tu do czynienia, pokazuje, że autor ten dobrze czuje cykl i całkiem przyjemnie był w stanie go poprowadzić.

 

Wiecie, jak to jest. Galijska wioska stawia opór najeźdźcy, bo Rzymianie podbili już wszystko wokół poza nią, a Rzymianie, no cóż, chcieliby podbić wszystko bez wyjątków. Więc próbują dalej – działań wprost, forteli, sztuczek, podstępów, ataków… Tym razem do osady wysłany zostaje Zerozerosiódmiks, tajny agent, który ma prosty cel: wykraść recepturę magicznego wywaru, który Galom daje nadludzkie moce. No ale z tym napojem jest kłopot, bo dostawca nie dowiózł niezbędnego składnika. I tu na scenę wkraczają, oczywiście, Asteriks i Obeliks, którzy będą musieli wyruszyć do Mezopotamii, żeby zdobyć brakujący olej. Ale  nie są sami, w tej odysei towarzyszy im Zerzerosiódmiks, który nie przestaje przekazywać informacji swoim mocodawcom. Czy jego misja się powiedzie?

 

Ten album powstał między „Wielkim rowem”, a „Synem Asteriksa”. „Rów” był niezły, ale mocno inspirowany literaturą, co aż tak dobrze do tej serii nie pasowało. „Syn” był już bardzo przyjemny i z pomysłem. „Odyseja Asteriksa”, do znalezienia w ofercie księgarni TaniaKsiazka.pl, jest gdzieś pomiędzy nimi także na tym poziomie. Bo Uderzo nie stawia jeszcze tka mocno na własne pomysły, ani też zbyt mocno nie czerpie z kultury. Zamiast tego bierze trochę z Bonda, dużo z typowych „Asteriksów” i… I dobrze mu to wychodzi. Dzięki temu niniejszy komiks okazuje się całkiem satysfakcjonującą, wciągającą i świetnie podaną rozrywką, którą chce się poznać. Ja wiem, że Asteriks i Obeliks już nie raz, nie dwa i nie trzy ruszali w podróż, ale to jeden ze schematów, jakie się sprawdzają znakomicie.

 


I można mówić, że fabularnie Uderzo nie jest może tak odkrywczy, jak byłby Goscinnego, ale i tak pozostaje zabawny, pełen przygód, akcji, humoru, satyry i tego klimatu, za jaki kochamy serię. Widać, że zżył się z nią, rysując ją przez dekady, widać, że ją czuje. I widać, że wie, co robi, bo rzecz pozostaje też ponadczasowa i przeznaczona dla czytelników w każdym wieku, czyli taka, jaka być powinna.

 

A przede wszystkim wiem, jak powinna być zilustrowana. Jego rysunki zawsze były bardziej nowatorskie i także bardziej szczegółowe, niż u konkurencji. Także pod względem doskonałego koloru. I to się nie zmieniło. Masa jest klasyki komiksu europejskiego, która na tym poziomie zachwyca, ale to prace Uderzo chyba są najlepsze. A „Asteriks” jest najlepszą z nich. Warto. Może nie tak, jak najlepsze tomy serii, ale nadal. I to bardzo. I tylko mam jeszcze nadzieję, że to nie koniec wznowień i choćby nieobecne od dekady „Galijskie początki” wrócą na polski rynek.

Komentarze