Kimi to
deatta toki kodomo no koro taisetsu ni omotte ita basho o omoidashita n’ da
Boku to
odotte kurenai ka
Hikari to
kage no winding road
Ima de mo
aitsu ni muchû na no
Sukoshi
dake furimukitaku naru yô na toki mo aru kedo
Ai to
yûki to hokori o motte tatakau yo
- Field od View
Z „Video Girl Ai” mam tak, że uwielbiam to to
bezgranicznie i nawet, jeśli pojawiają się w serii jakieś spadki formy, nawet
jeśli są momenty nieprzekonujące i naciągane, mało, ale jednak, kupuje mnie to.
Kupiło jako nastolatka, w czasach, kiedy dopiero debiutowało i nic się w tej
materii przez lata nie zmieniło. Wtedy „VGA” uznałem za jedną z moich
ukochanych serii, dwie dekady później, choć z tamtym gówniarzem z wieloma
rzeczami się dawno nie zgadzam, zdanie podtrzymuję. No ale serie ukochane, a
najlepsze to dwie różne sprawy, sami chyba wiecie. A tymczasem tu przypadek
taki, że i jedna z ulubionych to seria, i wciąż zarazem jedna z najlepszych –
nie tylko w swoim gatunku. No i jak to jest rysowane! Dziś już tak mangi nie wyglądają,
a szkoda. I szkoda, że Katsura Masakazu ani nie jest nad tą naszą Wisłą wznawiany,
ani inne jego prace nie są wydawane, bo wielki to twórca i chociażby takie „I"s”
fajnie byłoby zobaczyć na naszym rynku.
Moteuchi Yota, Mateusz Idiota, jak nazywają go
znajomi, to poczciwy nastolatek, który kocha się w pięknej Moemi. Problem w
tym, że odkrywa, iż dziewczyna kocha, ale jego najlepszego kumpla, szkolnego
przystojniaka. Zamiast wyznać jej uczucie, postanawia wesprzeć ją w walce o tę
jej miłość. Poczciwy głupek? I za to zostaje w pewien sposób nagrodzony, bo
pojawia się przed nim wypożyczalna VHS o szyldzie Gokuraku – jak się okazuje miejsce,
które ukazuje się tylko wybranym o czystym sercu. Moteuchi wypożycza więc film
– akurat z półki dla ludzi o nieszczególnie czystym serduchu, ale w końcu to
nastolatek – odtwarza kasetę i… No i z telewizora wychodzi mu dziewczyna. Miała
być spełnieniem marzeń, ale że jego odtwarzacz trochę szwankuje, Ai, bo tak jej
na imię, okazuje się pyskatą chłopczyca, która równie chętnie wytnie mu głupi
numer, przywali w łeb, co i wesprze w miłości. Problem w tym, że przez tę
usterkę sama zaczyna zakochiwać się w Yocie. A on w niej. Happy End? Raczej
duży kłopot, bo ona może być na tym świecie tylko przez trzy miesiące…
„Video Girl Ai” to dla mnie masa wspomnień,
sentymentów, nostalgii, więc od wspominek zacznę. Był rok 2002, na karku tak z
trzynaście i pół roku, na Polsacie leciały „Pokemony” (epizody „Johto”), RTL7
(a może już TVN 7, kto to pamięta) raczył nas wciąż „Dragon Ballem”, JPF
wydawało „Akirę”, „Slumpa”, „Dragon Balla”, „Oh! My Goddess” i szykowało „The
Ghost in the Shell” i… I było jeszcze Waneko. Więcej tytułów lubiłem z JPF, ale
Waneko też robiło robotę, bo mocniej starało się nam te japońskie realia
przybliżyć, a jedną z takich prób było wydawanie magazynu „Mangamix”, czyli
próba przeczepienia na polski grunt azjatyckich pism z komiksami. Co dwa
miesiące dostawaliśmy całkiem grubaśny numer, w większym formacie, z
rozdziałami kilku mang, do tego jakieś artykuły. I wtedy, na początku 2002 roku
to właśnie tam pojawiło się „Video Girl Ai”. I to było coś. To było super. Te
rysunki, ten klimat, realizm, powalało to na kolana, czekałem na ciąg dalszy i
ta przysłowiowa d… znaczy słowo na cztery litery, bo kolejny numer nie dotarł
do mojego miasta. Dopiero potem, długo potem, dorwałem go w stolicy w sklepie
komiksowym. Ale dorwałem. I cieszyłem się.
A potem i tak, kiedy seria wychodzić zaczęła
tomikowo, zamówiłem sobie takie wydanie, choć cały pierwszy z nich był w „MM”
(choć w tomiku doszło jeszcze parę stron grafik-dodatków). Bo tak mnie to
kupiło, tak kręciło. A potem kolejne. i… I nie wyszło uzbieranie całej serii.
Ale trochę czasu, trochę pilnowania na portalach sprzedażowych… Reszty możecie
się domyślić. W międzyczasie gdzieś tam trochę dorwałem po angielsku,
doczytałem dalej, niż kiedyś, a teraz w końcu całość. Ale zanim dojdę do
szczegółów, jeszcze słówko o wydaniu. Ten szary papier i tym podobne atrakcje
podobno upodabniały polskie wydanie „VGA” do japońskiego, jeśli o jakość chodzi.
Ale jeśli tak, to średnio to wypadło, bo tusz mazał się na palcach, brudził
kartki, a po dwóch dekadach estetycznie to to nie wygląda… Ale bez znaczenia
to, bo manga mimo swoich lat nadal jest wielka.
A co w niej wielkiego? No pomysł, jak pomysł
powiecie. I zgoda, bo to typowy shounenowy romans, taki haremik, gdzie dziewoi
przybywa, jedne są słodkie i milusie, inne słodkie i potrafiące sprzedać kopa,
inne niebezpieczne, ale… może nie słodkie, ale seksowne już tak, jak cała
reszta. A on jeden, gdzieś między nimi. Standard. Ale wykonanie tego to perełka
i emocjonalny rollercoaster. Mnie to rusza totalnie, od pierwszych stron,
czytam – czytałem wiele razy – i zaciskam pięści, kibicuję bohaterom, przejmuję
się, angażuję, wzruszam. A jak nadchodzi rozdział „Szklane schody” to już
totalnie mnie to bierze. A bierze też dlatego, że te postacie jakoś do mnie
pasują, mi pasują, we mnie gdzieś tam coś z nimi współgra, więc zżywam się,
śmieję wraz z nimi i wraz z nimi przeżywam i to do żywego. A jeszcze fabuła
świetna, akcja konkretna, dramaty, zagadki, fantastyka. I jest ta erotyka,
sporo jej, ale nie jest przesadzona, to nie pornografia, a artystyczne niemalże
akty. Świetnie wykonane, doskonałe, jak wszystko. Bo manga pod względem
graficznym to jedno z arcydzieł, dopracowana, dopieszczona, realistyczna, choć
z klasycznym lookiem, cudowna pod każdym względem, czy to samej kreski, rastrów,
dynamiki czy klimatu. Tu nawet te błyski w oczach bohaterów wyglądają, jakby
drgały niczym w anime, we fryzurach dostrzec można dbałość i o design, i o
poszczególne pasma włosów, a w ubraniach widać fakturę materiału. A to wszystko
w czasach, kiedy nie stosowano komputerowego wspomagania, bo przecież rzecz
zaczęła się ukazywać w roku 1989. Co jednocześnie przypomina nam, że pomysł o
dziewczynie wychodzącej z telewizora po odtworzeniu kasety wideo to nie
oryginalna idea Kojiego Suzukiego, którego „The Ring” Krąg” ukazał się drukiem
dwa lata później.
Cudeńko, po prostu cudeńko, które rusza mnie, jak
mało co. I… I co? Koniec? Po trzynastu tomikach jest jeszcze bonus – dwutomowe
„Video Girl Len”, ale nie ono jedyne. Mało Wam? Chcecie więcej? Jest film
fabularny z 1991, seria OVA, adaptująca pierwsze trzy tomy i… No i są dwa
seriale: „Denei Shojo: Video Girl Ai 2018” dziejący się 25 lat później i
ukazujący losy nastoletniego siostrzeńca Moteuchiego oraz „Denei Shojo: Video
Girl Mai 2019”, fabularne twory, acz nadmienienia warte. Choć już oglądania
wszystko to warte nie jest, poza tymi OVA-kami. Przede wszystkim jednał wciąż
jest „VGA”, rzecz niewznawiana – choć warto by było to zrobić, tym razem nieco
staranniej, bo i przekład jedynie niewielkiej ilości onomatopei (acz
zostawienie oryginalnych uważam za plus, tylko można by było obok nich dać
przypis na przykład) i niedopasowanie do siebie wizualnie kantów tomików i rodzajów oprawy (od szóstego tomu mamy obwolutę) plus
ten papier / druk i parę stron cenzury pozostawiały sporo do życzenia – ale absolutnie warta
pamiętania.
DAN DAN
kokoro hikarete ’ku
Jibun de
mo fushigi nan da kedo nani ka aru to sugu ni kimi ni denwa shitaku naru
ZEN ZEN
ki no nai furi shite mo kekkyoku kimi no koto dake mite ita
Umi no
kanata e tobidasô yo
Hold my
hand
- Field od View







Komentarze
Prześlij komentarz