Władca pierścieni / Hobbit (DVD)

ŚRÓDZIEMIE BLISKIE IDEAŁU

 

Nie napisałem tego tekstu dwa lata temu, kiedy mieliśmy rocznicę „Drużyny pierścienia” ani przed rokiem, gdy to „Dwie wieże” świętowały swoje dwudziestolecie. Ale teraz się zdecydowałem, bo przyszła pora na jubileusz „Powrót króla” i przez parę lat lepszej okazji nie będzie. A że znów odświeżyłem sobie filmy, bo jakżeby inaczej, to siedzę i stukam teraz w klawisze. Ale co tu stukać, skoro wszystko zostało już powiedziane? Cóż, na prywatne wrażenia okazja zawsze dobra, na trochę wspominek. Więc czemu nie. Tym bardziej, że i druga część „Hobbita” też świętuje teraz swoje dziesięciolecie. Wróćmy więc na chwilę do Śródziemia i powspominajmy, bo warto.

 

Dwie trylogie. Jedno miejsce. Podobne przygody.

We „Władcy” młody Frodo, za namową czarodzieja Gandalfa, wyrusza z misją zniszczenia potężnego pierścienia, dającego posiadaczowi wielką moc. W „Hobbicie”, dziejącym się dużo wcześniej, ten sam Gandalf namawia krewnego Frodo, Bilbo, by dołączył do ekipy krasnoludów chcących odzyskać to, co utracili. Tak zaczynają się przygody, które zmienią wszystko…

 

Za każdym razem, kiedy siadam do tej serii filmów, a siadam tak raz w roku – przynajmniej odkąd odzyskałem wiarę w nie, dzięki mojej lepszej połowie – czuję się, jakbym wyruszał w podróż. Podróż długą, ale wspaniałą. Zaczyna się, a ja mam ciary. Rusza mnie coś. Wzrusza, choć ja się wzruszam rzadko kiedy, a w kinie w szczególności. A przede wszystkim zachwyca, bo jak dla mnie to najlepsza adaptacja czegokolwiek w ogóle. Adaptacja genialnie obsadzona, z genialną muzyką, obłędnym klimatem i w ogóle tak wszystkim, co najlepsze. Może czasem efekty specjalne można było sobie darować, może niektóre decyzje obsadowe można było podjąć nieco lepiej – acz niewiele, bo obsadzone to to rewelacyjnie – ale ogół to rzecz bliska ideałowi.

 


I zachwyciła mnie już, kiedy oglądałem ją po raz pierwszy, jeszcze nie znając książki. Czemu obejrzałem? Z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że będąc po seansie „Niebiańskich istotach” miałem ochotę na filmy Jacksona. a nie dość, że „Przerażacze” mnie nie kupiły aż tak, to jeszcze lokalna wypożyczalnia nie miała się czym na tym polu popisać. Drugi powód był taki, że „Władca” wtedy był dosłownie wszędzie, nawet w czipsach były te zdrapki z postaciami i w ogóle pełno tego, a zwiastuny wyglądały dobrze. Więc w końcu wypożyczyłem sobie pierwsze dwie części – jeszcze na VHS! – i wciągnąłem się. W tę początkową sielankę, w te okoliczności przyrody, w ten dramatyzm narastający w trakcie rozwoju akcji. I w tą biegłość Jacksona, który wie, kiedy zaserwować nam element komediowy, a kiedy uderzyć w horrorową nutę.

 

No to łyknąłem książki. A potem myk do kina na trójeczkę. A tak się wtedy tym podjarałem, że mając do wyboru „Kill Billa” czy „Powrót króla” (ot nastoletni, ograniczony budżet) poszedłem na ten drugi. Do dziś się sobie dziwię, bo Tarantino wielbiłem, ale cóż. A potem przyszedł czas czytania większej ilości fantastyki i kiepski okres, gdy natykałem się na same słabizny fantasy. I tak aż do porzygania. Aż miałem dość i przełożyło się to także na „Władcę”. Bo w sumie fantastyka nie miała mi do zaoferowania tego, czego oczekiwałem, a oczekiwałem tego, co dawali mi autorzy tacy, jak Palahniuk, jak Irving, jak cała ta wyższa literacka półka, którą pochłaniałem. Lata mijały, pojawił się w kinach „Hobbit” i dobił mnie, bo liczyłem na powtórkę z „Władcy”, a tu już inna droga obrana, głupie śpiewy, żenujące sceny z goblinami, a potem część druga i jeszcze więcej tego samego, niepotrzebne rozwlekanie i jeszcze postacie, których w pierwowzorze nie było, a tu okazały się całkiem nietrafione. No nie, nie podeszło mi to, zniechęciło jeszcze mocniej. Ale moja lepsza połowa nadal to uwielbiała, a jak kobieta się uprze, mocnych nie ma.

 


Więc znów lubię. Tak, „Hobbita” też polubiłem, nie tak, jak „Władcę”, jednak Jackson Tolkiena nie zastąpił i nie umiał dodać czegoś od siebie na poziomie – a może to wina del Toro? Ten gość do zbyt dobrych twórców nie należy, a swoje trzy grosze tu wtrącił. Tak czy tak, choć fabularnie to niemal to samo, co „Władca”, pod względem wykonania tej fabuły sypie się to. Ale nadal potrafi mieć urok. Nadal czuć tu to stare, dobre Śródziemie, najmocniej w części pierwszej, bo trójka to już jak gameplay z jakiegoś hack ‘n’ slash bardziej. Ale wciąż jestem na tak i cieszę się z tego.

 

No to kolejna rundka z tymi filmami za mną. Za nami. W wersji rozszerzonej, jedynej słusznej, bo wielu scen w normalnej mi brakowało, jak i pociągnięcia kilku wątków. I nie, po latach nie przeszkadza mi nadmiar zakończeń w „Powrocie króla”, choć za nastolatka nużyło to trochę i w filmie, i w książce. Fajnie było wrócić, fajnie wrócić będzie. Może i w końcu uda się obejrzeć wszystkie dodatki, tak z tych cztero-, pięciopłytowych edycji, jak i wcześniejszych, dwupłytowych wydań z innymi chyba bonusami. A o „Pierścieniach władzy” chętnie zapomnę.

Komentarze