Zanim powstały komiksowe eventy łączące wielu
bohaterów w jedno, były opowieści o Avengers. A z tych opowieści o Avengers
właśnie „Wojna Kree ze Skrullami”, legendarna rzecz, która na uniwersum miała
wielki wpływ, najbliżej była takiego eventowego zacięcia. I chociaż zestarzała
się dość mocno – to był w końcu rok 1971 i komiksy wyglądały wtedy zupełnie
inaczej – nadal dobrze się to czyta. A czytać warto i wypada, bo to klasyka,
która ma duże znaczenie i jednocześnie to jej zestarzenie się nie jest tak
straszne, jak w niektórych podobnych jej historiach.
Kree i Skrulle. Dwie kosmiczne rasy, które toczą
wzajemny bój mogą stać się zagrożeniem dla naszej planety. Ziemia bowiem,
leżąca w pół drogi między nimi, staje się istotnym punktem na mapie konfliktu,
a Ziemianie mogą zostać ofiarami kosmicznej wojny. By znaleźć wyjście z tej
sytuacji, niczym między młotem a kowadłem, herosi Marvela będą musieli stawić
czoło wrogim siłom i zażegnać konflikt. Ale czy zdołają?
Ramotka, ale nadal fajna. Zestarzała się, ale też
nie tak znowu bardzo. Są klasyki, przy których się zgrzyta zębami, i są
klasyki, które pochłania się z dużą przyjemnością. Chyba wiadomo, że ten tom należy
do tej drugiej grupy. I warto sobie o nim przypomnieć i odświeżyć teraz, kiedy
tuż za rogiem mamy wznowienie „Tajnej Inwazji” Bendisa i Liu, a zaraz potem
czeka nas serial o Skrullach pod tym samym tytułem. Bo nadal dobrze się to
czyta, treści jest tu więcej, niż w podobnej grubości współczesnych komiksach,
a i sporo tu naprawdę ważnych momentów – ale nie zdradzam, sami wszystko
odkryjecie, jeśli zechcecie.
Roy Thomas to komiksowy stary wyga, który w sumie
pisał przygody wszystkich najważniejszych herosów (dla DC m.in. Supermana,
Batmana, Ligę Sprawiedliwości czy Wonder Woman, dla Marvela Avengers,
Spider-Mana, Kapitana Amerykę, Hulka, Fantastyczną Czwórkę, Iron Mana, X-Men
czy Thora, a nie zapominajmy o rzeczach z uniwersum Conana) i wiedział, co i
jak robić. I to widać. Czyta się to dobrze, choć bywa naiwne czy naciągane. A
bywa, czasem też patetyczne, ale ma swój urok, tym bardziej, że znalazło się miejsce dla przedstawienia tematów politycznych i obrazu zimnowojennej paranoi. No i takie ramotki zawsze urok mają, a ta
ma jeszcze to wspomniane fajne eventowe zacięcie, wyprzedzające swoje czasy. Bo
pierwszy prawdziwy event powstał ponad dekadę później, a tu już mamy wszystko
to, co na takie opowieści się składało.
I sympatycznie to rysowane. Okej, bracia Buscema
wtedy rysowali, jak wszyscy inni i nie rwie to niczego. No mocno typowa,
kolorowa robota w klasycznym stylu, jeszcze bez ich charakteru. Ale kiedy na
scenę wkracza Adams, jest na co popatrzeć, bo realizm, bo detale, bo świetne,
często nietypowe jak na tamte czasy ujęcia czy perspektywa… I tylko okładka
mogłaby być lepsza, bo jednak te odnowione kolory nie wypadają dobrze przy
takich historiach, ale cóż.
Więc ramotka, ale warto. Owszem, znam lepsze
klasyki z Avengersami, jak chociażby „Sagę o Korvacu”, ale „Wojna Kree ze
Skrullami” też nie zawodzi. W sumie to wciąż jedna z najlepszych klasycznych
historii o tej grupie, dlatego śmiało polecam.



Komentarze
Prześlij komentarz