Czarny Rycerz: Magneto kroczy po Ziemi / Państwo wampiryczne – Paul Cornell, Roy Thomas, Leonard Kirk, Mike Collins, Ardian Syaf, Adrian Alphona, John Buscema, George Tuska


POWRÓT CZARNEGO RYCERZA

 

Gdzie „WKKM” nie może, tam „SBM” pośle, chciałoby się powiedzieć. Kiedy „Wielka Kolekcja Komiksów Marvela” wychodziła w Polsce, pominięto kilka tomów, zastępując je innymi. Tak oto tomy o Kaczorze Howardzie czy Deadpoolu niemal nie ukazały się po polsku – ostatecznie wyszły dużo później – a Kapitan Brytania niemal podzielił ich los. O ile jednak tom Alana Moore’a, „Zakręcony świat” ostatecznie ukazał się w jej ramach, choć po długim oczekiwaniu, o tyle „Vampire State” wypadł z kolekcji zupełnie. Na szczęście potem wyszli „Superbohaterowie Marvela” i w końcu dostaliśmy tę historię. I tak, cieszyć jest się z czego, bo to kawał dobrego komiksu, który wie, że kiedy opowiada się o walce z wampirzym terroryzmem, nie można robić tego w sposób specjalnie łagodny. Z drugiej strony to, jak tłumacz i korekta postarały się, by zepsuć ten komiks sprawia, że w trakcie lektury zębami zgrzyta się na podobnym poziomie, co przy „Weapon X” od TM-Semic. Więc wniosek w sumie jest jeden: warto, ale nie w tej formie.

 

No ale przyjrzyjmy się bliżej całości. Treść? Wampiry połączyły siły z władającymi magią i chcą jednego: znaleźć sobie własne państwo. Dlatego postanawiają zaatakować Wielką Brytanię i przejąć ją do własnych celów. Do walki z nimi staje MI13, z Czarnym Rycerzem na czele, który właśnie ponownie sięgnął po hebanowe ostrze. Wspiera ich zaś, przebywający akurat na Wyspach, Blade. Ale wróg, który żyje tysiące lat i miał czas nauczyć się strategii i planowania, wie doskonale co i jak zrobić, by osiągnąć własne cele…

 

Dlaczego ten tom zatytułowany jest „Czarny Rycerz”, a nie „Kapitan Brytania”, skoro zbiera zeszyty serii „Captain Britain and MI13”? Bo właśnie bardziej na tym pierwszym jest skupiony. Kapitan Brytania nie znika z łam, jednak to właśnie gość, który dzierży hebanowe ostrze jest tu na pierwszym planie. I fajnie. Kapitana lubię, ale Rycerz to gość, do którego mam sentyment. To w końcu on stał na czele Avengers, kiedy ta grupa debiutowała w Polsce w latach 90. ze swoimi solowymi przygodami w historii „Ex Post Facto” (którą swoją drogą bardzo lubię, mimo bezlitosnego pocięcia jej przez TM-Semic). I chociaż czerpie mocno z arturiańskich legend, mitów i podań, a tych nie trawię, jakoś do mnie przemawia.

 


No i ten tom właśnie na nim się koncentruje. Na jego powrotach. Kapitan Brytania gra tu drugie skrzypce, a sam Rycerz pokazuje nam się w ujęciu i klasycznym, i nowym. Już na początek w klasyce właśnie, przepadkiem sprowadza na Ziemię Magneto, więc bierze na siebie brzemię swojego wuja, byłego Czarnego Rycerza z tym, że wuj był bandziorem, a Dale chce być herosem, i rusza do akcji. A potem znów sięga po swoje ostrze i walczy z wampirami. A ta walka fajna jest. To coś w stylu „Świtu synów nocy”, do którego też mam sentyment. Jest tu nawet Lilith. Z tym, że całkiem pomysłowe to, z paroma świetnymi scenami (wampir-katolik, serce z kamienia czy jak przeżyć katastrofę lotniczą) i fajną podbudową obyczajową. No i sporo tu miłości, bo kocha w sumie każdy – Blade, Rycerz, Kapitan – i z tego też sporo twórcy wyciskają. I może są wpadki, są nielogiczności, ale całość jest i odpowiednio krwawa, i widowiskowa, i mroku w niej nie brak – choć rysunki, z mocno cartoonowym zacięciem, czasem są dziwnie powykręcane i ogólnie zbyt wielkiego wrażenia nie robią.

 


No i jest jeszcze to nieszczęsne polskie wydanie. Niby tanie, a solidnych rozmiarów, z dodatkami, ale przełożone tak, jakby tłumacz nie tylko nie znał za dobrze angielskiego, ale i z polskim językiem miał spore problemy. Sporo rzeczy już spier… znaczy zepsuł w tej kolekcji, ale tym razem wspina się na wyżyny. Bo ta seria pisana jest jakoś tak subtelniej, czasem nieco poetycko, a gość wali nam prostackie, w ogóle niepoprawne językowo teksty, od których bolą zęby i łzawią oczy – takiej tragedii translatorskiej, jak w scenach spadania po katastrofie, gdy wnikamy w psychikę Faizy, to nie czytałem od czasów, kiedy Kreczmar mordował finezję tekstów Franka Millera.

 

No i tyle. Komiks fajny, przekład tragedia i psuje wiele z przyjemności czytania. Sięgnąć można, bo pewnie nie doczekamy się innego polskiego wydania, ale jeśli znacie angielski, szukajcie oryginału. Albo, jak ja, kupcie z drugiej ręki za kilkanaście złotych, wtedy jakoś tak mniej żal.

Komentarze