„W jednej osobie” to… No co tu dużo mówić, jeszcze
jedna taka sama książka Irvinga. Zmienił się nieco główny bohater, przynajmniej
jeśli chodzi o orientację seksualną, cała reszta jednak pozostała znajoma. Te
same motywy, tak samo skrojone postacie, świat taki sam i wydarzenia podobne.
Ale co z tego, skoro powieść czyta się rewelacyjnie, stylistycznie jest
pięknie, a emocji w tym od chol… co niemiara znaczy.
Głównym bohaterem jest Billy Abbott, biseksualny
chłopak, w przyszłości pisarz, w chwili, w której go poznajemy, próbujący
zrozumieć siebie, swoją seksualność i niezdrowy, jak to się określa, pociąg do
własnego ojczyma. I na tym odkrywaniu skupia się cała opowieść. Na jego
związkach, na rozumieniu, na rozwijaniu i dążeniu do spełnienia marzeń o
pisarskiej karierze…
No o życiu opowiada ta książka. Jak wszystko, co
Irving pisze. Każda jego powieść to właściwie taka saga rodzinna, najczęściej
snuta od narodzin – a nawet i wcześniej – do śmierci. Czy taki zakres obowiązuje
i tu, to już sami odkryjecie. Zresztą nie liczy się to, czy bohater rodzi się
na początku – bo każdy kiedyś się rodzi – i czy na koniec umiera – wszyscy w
końcu umrą – liczy się to, co pomiędzy. A to, co pomiędzy, fascynuje.
Irving nie odkrywa tu nic nowego. Bohater pisarz to
stały jego repertuar, tak samo jak seks, jak zafascynowanie starszą kobietą /
mężczyzną, kazirodztwo. Jest szkoła, są zapasy, jest transwestytyzm i
transseksualizm, jest nieobecny ojciec i wojenne wspomnienia, Wiedeń też jest.
Ba, nawet niedźwiedzie, choć tu akurat jako typ zarośniętych gejów. Jest też przedstawienie, wystawianie sztuki, a duch Szekspira unosi się nad całą powieścią, ale w sposób nieodstręczający. I można by
tak godzinami, bo Irving każdą jedną swoją powieść składa z tych samych, wciąż
z lubością, obsesyjnością odtwarzanych motywów i schematów. Ale ja je
uwielbiam, bo autor je czuje, związany jest z nimi emocjonalnie i genialnie
żongluje nimi z książki na książkę.
No a tu jednocześnie wyśmienicie wchodzi w
prezentację świata homoseksualistów i transwestytów / transseksualistów lat od
50. XX wieku wzwyż. Opisuje środowisko, wnika w nie. Komentuje? Nie, pokazuje,
z fascynacją wnika w to wszystko, a nam się ta fascynacja udziela. Cała reszta
zaś to kawał dobrej literatury obyczajowej, fajnego literackiego pejzażu
drugiej połowy XX wieku i równie fajny przekrój przez to, co u Irvinga zawsze
obecne, podany wyśmienitym językiem, wymagającym, ale porywającym, pełnym
pięknych, lirycznych zdań, genialnie chwytanego w słowa klimatu i bogactwa
smakowania pisarstwa jako takiego.
Warto. Jak każde z dzieł Irvinga, nie jest to rzecz
dla każdego, bo żeby się w nim rozsmakować, trzeba jednak lubić dobrą
literaturę, nie bać ambicji i nie mieć alergii na wyższe literackie wartości.
Wtedy będziecie zachwyceni.

Komentarze
Prześlij komentarz