W jednej osobie - John Irving

TRANSAMERYKA

 

„W jednej osobie” to… No co tu dużo mówić, jeszcze jedna taka sama książka Irvinga. Zmienił się nieco główny bohater, przynajmniej jeśli chodzi o orientację seksualną, cała reszta jednak pozostała znajoma. Te same motywy, tak samo skrojone postacie, świat taki sam i wydarzenia podobne. Ale co z tego, skoro powieść czyta się rewelacyjnie, stylistycznie jest pięknie, a emocji w tym od chol… co niemiara znaczy.

 

Głównym bohaterem jest Billy Abbott, biseksualny chłopak, w przyszłości pisarz, w chwili, w której go poznajemy, próbujący zrozumieć siebie, swoją seksualność i niezdrowy, jak to się określa, pociąg do własnego ojczyma. I na tym odkrywaniu skupia się cała opowieść. Na jego związkach, na rozumieniu, na rozwijaniu i dążeniu do spełnienia marzeń o pisarskiej karierze…

 

No o życiu opowiada ta książka. Jak wszystko, co Irving pisze. Każda jego powieść to właściwie taka saga rodzinna, najczęściej snuta od narodzin – a nawet i wcześniej – do śmierci. Czy taki zakres obowiązuje i tu, to już sami odkryjecie. Zresztą nie liczy się to, czy bohater rodzi się na początku – bo każdy kiedyś się rodzi – i czy na koniec umiera – wszyscy w końcu umrą – liczy się to, co pomiędzy. A to, co pomiędzy, fascynuje.

 

Irving nie odkrywa tu nic nowego. Bohater pisarz to stały jego repertuar, tak samo jak seks, jak zafascynowanie starszą kobietą / mężczyzną, kazirodztwo. Jest szkoła, są zapasy, jest transwestytyzm i transseksualizm, jest nieobecny ojciec i wojenne wspomnienia, Wiedeń też jest. Ba, nawet niedźwiedzie, choć tu akurat jako typ zarośniętych gejów. Jest też przedstawienie, wystawianie sztuki, a duch Szekspira unosi się nad całą powieścią, ale w sposób nieodstręczający. I można by tak godzinami, bo Irving każdą jedną swoją powieść składa z tych samych, wciąż z lubością, obsesyjnością odtwarzanych motywów i schematów. Ale ja je uwielbiam, bo autor je czuje, związany jest z nimi emocjonalnie i genialnie żongluje nimi z książki na książkę.

 

No a tu jednocześnie wyśmienicie wchodzi w prezentację świata homoseksualistów i transwestytów / transseksualistów lat od 50. XX wieku wzwyż. Opisuje środowisko, wnika w nie. Komentuje? Nie, pokazuje, z fascynacją wnika w to wszystko, a nam się ta fascynacja udziela. Cała reszta zaś to kawał dobrej literatury obyczajowej, fajnego literackiego pejzażu drugiej połowy XX wieku i równie fajny przekrój przez to, co u Irvinga zawsze obecne, podany wyśmienitym językiem, wymagającym, ale porywającym, pełnym pięknych, lirycznych zdań, genialnie chwytanego w słowa klimatu i bogactwa smakowania pisarstwa jako takiego.

 

Warto. Jak każde z dzieł Irvinga, nie jest to rzecz dla każdego, bo żeby się w nim rozsmakować, trzeba jednak lubić dobrą literaturę, nie bać ambicji i nie mieć alergii na wyższe literackie wartości. Wtedy będziecie zachwyceni.

Komentarze