No i koniec. Szkoda, żal,
bo „Eden” to naprawdę świetna seria była, ale z drugiej strony fajnie, że całość
dostaliśmy w miarę szybko i w dobrym tempie mogliśmy to wszystko doczytać do
końca. A jaki to koniec? Bardzo dobry, co tu dużo mówić, w dobrym stylu
splatający wszystko w jedną całość, a w samym ścisłym finale wchodzący w
klimaty, które po prostu uwielbiam, a które świetnie dopełniły „Eden”.
Koloid się rozrasta.
Powstaje z niego wieża sięgająca samego kosmosu. Pytanie jednak czym tak właściwie
jest i co niesie dla ludzkości? Gdy jedni widzą w nim jedyną szanse na życie
wieczne, dla innych jest to coś, co należałoby powstrzymać. Jeszcze inni zaś,
mimo osobliwości całej sytuacji, starają się wieść normalne życie – a
przynajmniej normalne, jak na ten świat, te czasy i okoliczności. Kto ma rację?
I czym to wszystko się skończy?
Wielki finał „Edenu” – i
serio, wielki on jest, spójrzcie tylko na tę cegłę, tomiszcze liczy sobie grubo
ponad pięćset stron – to opowieść taka, jak dotychczas. Co tu dużo mówić,
wszystko jest takie, jak zawsze i jak być powinno. Mamy masę bohaterów, masę wydarzeń,
różne sylwetki, postawy też różne – tu nawet autor gatunkami odmiennymi od
siebie bawi się, splatając je w jedną całość. Więc mamy wszystko to, co do tej
pory. Plus nieco więcej, ale to dopiero na sam koniec.
Co jest w tomie najlepsze?
To chyba każdy będzie musiał osądzić według własnych odczuć i preferencji. Z
jednej strony mamy kolejne pędzące na złamanie karku wydarzenia rodem z
thrillerów, kina sensacyjnego czy akcji. Mamy SF, mamy cyberpunk, postapo. Ale
mamy też wątki obyczajowe, rodzinne, romantyczne, erotyczne… No po prostu bogaty
świat pełen najróżniejszych ludzi i ich żywotów, wmieszanych w wydarzenia
zarazem odległe od nas, jak i nam bliskie. dużo tu też – i to również się nie
zmieniło – czerpania inspiracji z innych klasycznych mang SF.
No i tu docieramy do
tego, co mi najbardziej się podobało i najlepiej podeszło – czyli ścisłego
finału. A ten finał to naturalna konsekwencja tego, co dotąd się wydarzyło, ale
też i bardzo fajne uderzenie w czasem nieco oniryczne klimaty rodem z „Neon
Genesis Evangelion”. Te kosmiczne wręcz momenty (kurczę, nie chcę za wiele Wam
zdradzać) jakoś tak z miejsca skojarzyły mi się z evangelionową (acz czerpaną z
judaizmu) Chamber of Guf i ogólnie z Projektem Dopełnienia Ludzkości. I przez
te skojarzenia jeszcze lepiej mi się to czytało.
No i taki właśnie jest –
był – „Eden”. Złożony ze znajomych rzeczy, jednych mile kojarzących się z
jakimś popkulturowym dziełem, innych przynoszących złe skojarzenia z
brutalnością świata za oknem, ale z własnym charakter. Ciekawie pomyślany,
wyśmienicie, realistycznie i z bogactwem detali zilustrowany, nastrojowy i
pełen emocji, wart jest poznania. nadal to jedna z najlepszych serii SF, jakie
mangacy mają nam do zaoferowania.
Tytuł kupicie tutaj:



Komentarze
Prześlij komentarz