Eden: It’s an Endless World! #9 – Hiroki Endo

IT’S A END OF THE EDEN

 

No i koniec. Szkoda, żal, bo „Eden” to naprawdę świetna seria była, ale z drugiej strony fajnie, że całość dostaliśmy w miarę szybko i w dobrym tempie mogliśmy to wszystko doczytać do końca. A jaki to koniec? Bardzo dobry, co tu dużo mówić, w dobrym stylu splatający wszystko w jedną całość, a w samym ścisłym finale wchodzący w klimaty, które po prostu uwielbiam, a które świetnie dopełniły „Eden”.

 

Koloid się rozrasta. Powstaje z niego wieża sięgająca samego kosmosu. Pytanie jednak czym tak właściwie jest i co niesie dla ludzkości? Gdy jedni widzą w nim jedyną szanse na życie wieczne, dla innych jest to coś, co należałoby powstrzymać. Jeszcze inni zaś, mimo osobliwości całej sytuacji, starają się wieść normalne życie – a przynajmniej normalne, jak na ten świat, te czasy i okoliczności. Kto ma rację? I czym to wszystko się skończy?

 

Wielki finał „Edenu” – i serio, wielki on jest, spójrzcie tylko na tę cegłę, tomiszcze liczy sobie grubo ponad pięćset stron – to opowieść taka, jak dotychczas. Co tu dużo mówić, wszystko jest takie, jak zawsze i jak być powinno. Mamy masę bohaterów, masę wydarzeń, różne sylwetki, postawy też różne – tu nawet autor gatunkami odmiennymi od siebie bawi się, splatając je w jedną całość. Więc mamy wszystko to, co do tej pory. Plus nieco więcej, ale to dopiero na sam koniec.

 

Co jest w tomie najlepsze? To chyba każdy będzie musiał osądzić według własnych odczuć i preferencji. Z jednej strony mamy kolejne pędzące na złamanie karku wydarzenia rodem z thrillerów, kina sensacyjnego czy akcji. Mamy SF, mamy cyberpunk, postapo. Ale mamy też wątki obyczajowe, rodzinne, romantyczne, erotyczne… No po prostu bogaty świat pełen najróżniejszych ludzi i ich żywotów, wmieszanych w wydarzenia zarazem odległe od nas, jak i nam bliskie. dużo tu też – i to również się nie zmieniło – czerpania inspiracji z innych klasycznych mang SF.

 


No i tu docieramy do tego, co mi najbardziej się podobało i najlepiej podeszło – czyli ścisłego finału. A ten finał to naturalna konsekwencja tego, co dotąd się wydarzyło, ale też i bardzo fajne uderzenie w czasem nieco oniryczne klimaty rodem z „Neon Genesis Evangelion”. Te kosmiczne wręcz momenty (kurczę, nie chcę za wiele Wam zdradzać) jakoś tak z miejsca skojarzyły mi się z evangelionową (acz czerpaną z judaizmu) Chamber of Guf i ogólnie z Projektem Dopełnienia Ludzkości. I przez te skojarzenia jeszcze lepiej mi się to czytało.

 

No i taki właśnie jest – był – „Eden”. Złożony ze znajomych rzeczy, jednych mile kojarzących się z jakimś popkulturowym dziełem, innych przynoszących złe skojarzenia z brutalnością świata za oknem, ale z własnym charakter. Ciekawie pomyślany, wyśmienicie, realistycznie i z bogactwem detali zilustrowany, nastrojowy i pełen emocji, wart jest poznania. nadal to jedna z najlepszych serii SF, jakie mangacy mają nam do zaoferowania.

 

Tytuł kupicie tutaj:


Komentarze