ALIENS:
OSTATECZNE STARCIE 2
Nie wiem, czy krwawiący kwasem Obcy mają w grach
więcej szczęścia czy pecha. Bo parę produkcji było naprawdę doskonałych –
niezapomniana „Izolacja” czy naprawdę fajne gierki „Aliens versus Predator”
sprzed jakichś dwóch dekad – ale i nie brakowało i kaszanek pokroju „Colonial
Marines”, które wspominam ze zgrzytaniem zębami. Więc jak to będzie z „Aliens:
Dark Descent” mogło wywoływać obawy. Tym bardziej, że twórcy poszli w izometryczną
strategiczną strzelankę, jakiej w serii jeszcze nie było. A tu proszę,
dostajemy kawał bardzo przyjemnej gry, klimatycznej i świetnie oddającej
nastrój filmowej sagi – a szczególnie jej drugiej odsłony – która wciąga i
potrafi dostarczyć dobrej, choć wymagającej rozrywki na długie godziny.
Fabuła? Jak to w takich przypadkach bywa jest o
tyle typowa, co atrakcyjna. Dochodzi bowiem do uwolnienia ładunku pełnego
morderczych obcych w kosmicznej bazie. Że coś jest nie tak odkrywa niejaka Maeko
Hayes, ale nikt nie chce jej słuchać i… I już wkrótce zaczyna się walka o
przetrwanie, w której wspierać będą ją kosmiczni komandosi. Ale czy będą mieli
szansę z gatunkiem, który jest najlepszą maszyną do zabijania, jaka
kiedykolwiek się narodziła?
„Obcy: Izolacja” to była wielka gra i nie da się do
niej nie odnosić pisząc o kolejnych odsłonach kosmicznych zmagań. Więc i ja
będę. Fabularnie te rzeczy nie są jakoś tam ze sobą związane – są wspólne dla
całej sagi elementy, jak tytułowe kosmiczne mordercze byty czy korporacja Weyland-Yutani,
ale te pojawiają się nawet w niekanonicznych dziełach – acz fakt, że dzielą
wspólne uniwersum sprawia, że mimo wszystko chyba każdy gracz będzie mniej lub
bardziej zestawiał je ze sobą. I z innymi odsłonami też. No ja „Izolację” uwielbiam
całym sobą, może nie była to długa gra (właśnie spojrzałem sobie na licznik i
nastukałem w niej niespełna 24 godziny, więc w sumie nie tak źle), ale
wrażenie, jakie na mnie zrobiła sprawiło, że znajduje się w mojej topce
cyfrówek. Z tym, że „Izolacja” to była kosmiczna survivalowa skradanka, tu zaś
mamy do czynienia z izometryczną grą strategiczną (strategią czasu
rzeczywistego, by być dokładnym), pożenioną ze strzelanką. No i ta strategia na
dodatek sporo czerpie z RPG-owych rozwiązań. Różnice spore, ale coś jeszcze
łączy te produkcje – „Izolacja” była jakże udaną próbą oddania klimatu i
charakteru pierwszego filmu z serii, „Dark Descent” to rzecz (choć swoją drogą,
według chronologii dziejąca się po „Alien 3”) starająca się uchwycić specyfikę
wypełnionego akcją drugiego filmu cyklu. Też z sukcesem zresztą. I to bazowanie
na kinowym materiale źródłowym to strzał w dziesiątkę.
Ale zanim porozpływam się trochę nad produkcją, bo jako fan „Aliens” mam nad czym, taka mała łyżka dziegciu. Bo parę rzeczy mi tu zgrzyta, niestety, choć nie aż tak bardzo. A co nie pasuje? Może nie tyle nie pasuje, ile dość ciężko jest przywyknąć do specyfiki sterowania. Poruszanie się przy pomocy prawego przycisku myszki a wchodzenie w interakcje lewym na pewno nie jest intuicyjne i czasami myli się to wszystko. Przyzwyczaić się można, ale akurat ten detal można było zrobić lepiej. Lepiej też można było postarać się z trybami broni, widocznością i czytelnością, bo często na ekranie za mało widać, chociażby drzwi widoczne stają się po zbliżeniu, a w przypadku gry opartej na przetrwaniu jednak ważna staje się czytelność otoczenia. Podobnie jest z mapą, która pokazuje nam niewiele. I akurat te zabiegi, podkradane z izometrycznych RPG-ów nie zawsze się sprawdzają. Choć potrafią spotęgować napięcie i niepewność, nie przeczę. Może właśnie o to chodziło? No tak czy inaczej przy trudności zabawy – o czym gra, słusznie zresztą, ostrzega nas już na wstępie – sama rozgrywka mogłaby być bardziej płynna i intuicyjna, ale, jak mówiłem, przywyka się do tego z czasem. A że w grze spędzimy dobrych kilkadziesiąt godzin, bo jest co robić, będziemy mieli niejedną okazję się przyzwyczaić i już dalej mknąć przez plansze na czuja, że tak to ujmę.
No a plusy? Raz, że fajnie oddaje to klimat rodem z filmu Jamesa Camerona, a dwa, że ogólnie idzie to taką filmową ścieżką – a to tylko rzeczy, które nasuwają mi się na myśl, jako pierwsze. I te rzeczy najmocniej doceniam. Doceniam, że zamiast sieczki od samego początku, mamy konkretnie budowaną treść, która dzięki sporej dozie animacji nabiera filmowego charakteru. Fabularnie to klasyczna robota, ale klasyczna w dobrym tego słowa znaczeniu, stanowiąca coś na kształt połączenia komiksowego „Aliens versus Predator” z filmowym „Decydującym starciem”. In plus zaliczyć należy tu także fakt, że w tę opowieść nie wchodzimy na pełnym gazie, a dość niespiesznie, pozwalając zapoznać się z wszystkim i zbudować napięcie. No i nie można też zapomnieć o smaczkach dla fanów, bo przecież spójrzcie tylko na androidy – ich design jest niemal identyczny z tymi, znanymi nam już z „Izolacji”. Albo pojawienie się P-5000 Powered Work Loader – czyli słynnego żółtego egzoszkieletu załadunkowego, w którym Ellen Ripley walczyła w „Decydującym starciu”.
Jeśli chodzi o samą rozgrywkę, bardzo fajnie wypada
to, że w równej mierze co walczyć, trzeba tu walki unikać. Tym bardziej, że
alienom ładuje się poziom agresji, a to przekłada się na trudność i
intensywność starć. Mało? To jeszcze mamy taki myk, że ten poziom trudności
narasta, im bardziej brniemy w misję. A tych misji jest dwanaście, każda długa,
w każdej lepiej więc robić kilka podejść do przejścia, wracać, regenerować
siebie i zapasy, szukać co się da… No sami wiecie. Fajnym, choć też
utrudniającym zabawę detalem są tzw. traumy żołnierzy. Co to znaczy? A mniej
więcej to, że im dłużej walczymy i maszerujemy, tym bardziej pogarsza się nasz
stan psychiczny, co też przekłada się na efektywność walczenia, więc i z tym
trzeba się uporać. Niby takie coś to żadna nowość, ale tu akurat jest dobrze
zrobiona – w odróżnieniu od chociażby „The Forest” (swoją drogą też bardzo
fajnej survivalowej gry) tu ma to więcej sensu i większe znaczenie.
Sama rozgrywka jest wymagająca, ale płynna i
przyjemna. Mroczny klimat, klaustrofobiczny nastrój, a do tego jeszcze
widowiskowa akcja i wszystko, co lubią fani sprawiają, że to naprawdę świetna
gra. Najlepsza dla miłośników, ale każdy, kto lubi survivalowe horrory i
strategie, znajdzie tu coś dla siebie. I nie bójcie się, jeśli graliście np. w
„Colonial Marines” i mieliście ochotę rzucić padem / myszką / klawiaturą, że
czeka Was powtórka z tych wrażeń. Może i „Dark Descent” przypomina tę grę – bo
jednak temat, czyli właśnie kosmiczni marines w obu jest podobny – ale to
zupełnie inna poziomem, o wiele lepsza gra. I w końcu dobra produkcja
przypominająca nam, za co kochamy Alienów. Oby na tym się nie skończyło, bo
marzy mi się doczekanie sequela „Izolacji”. Ale i w ciąg dalszy „Dark Descent”,
jeśli powstanie, zagram z przyjemnością.
Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz