Video Girl Ai #1 – Katsura Masakazu


DZIEWCZYNA Z TELEWIZORA

 

Wiecie, że w grudniu tego roku obchodzimy 35-lecie powstania „Video Girl Ai”? Manga u nas już trochę zapomniana – właściwie całkiem sporo – o wznowienie nikt nie dba, a to wciąż jedna z najlepszych serii romantycznych, jakie trafiły na polski rynek. I jedna z najpiękniej narysowanych mang w ogóle. Więc wracam do niej, co jakiś czas, odświeżam, odświeżyłem teraz znów i znów mega mnie to wzięło, ruszyło, urzekło. Znam to doskonale, a za każdym razem, kiedy czytam, działa na mnie tak samo. I pokazuje, że takich mang już się niestety nie robi.

 

Moteuchi Yota to nastolatek jakich wiele. Czyli chciałby mieć dziewczynę, ba, kocha się w pięknej Moemi, ale nijak nie jest w stanie wyznać jej swego uczucia. Nic dziwnego, że każdy nazywa go Mateusz Idiota. I ten nasz Idiota, znaczy Yota, pewnego dnia niemal już zbiera się na wyznanie, z pomocą kumpla próbując wybadać co Moemi może czuć i… no i okazuje się, że dziewczyna kocha się, ale w jego kumplu. A Yota, jak to Yota, wbrew własnemu złamanemu sercu, jeszcze chce ją wspierać w tym uczuciu. I tak załamany wracając do domu, przypadkiem trafia na wypożyczalnię kaset wideo – Gokuraku – i chwilę potem wraca już z kasetą, która, jak myśli, zawiera film XXX. Szybko jednak okazuje się, że dostał coś zupełnie innego, z jego telewizora wychodzi dziewczyna z kasety, a potem… Potem powinien być raj, nasz bohater miał być należycie pocieszony, ale że jego odtwarzacz uległ uszkodzeniu, i ta dziewczyna do pocieszenia wychodzi jakaś taka zmieniona: bardziej męska, humorzasta i w ogóle. Ale jednak chce się starać wypełnić swoja misję, czyli pomoc w zdobyciu Moemi, ale wkrótce oboje zaczynają się do siebie zbliżać…

 

Jako, że „Video Girl Ai” jest tomów piętnaście, na głębsze rozważania w kwestii treści i składowych przyjdzie jeszcze czas. Tu chciałem bardziej skupić się na wspominkach, ale i historii serii. Więc tak, zaczęło się od one-shota z 1989 roku, który w Polsce wydany został w ostatnim tomie serii, jakp dodatek – „Video Girl Haruno”. Ale ten jednostrzałowiec szybko przerodził się w regularną serię, wydawaną od 1989 roku (w tomikach od 1990), do 1992. Może byłoby i dłużej, bo przecież po skończeniu głównej opowieści autor zrobił jeszcze sympatyczny dodatek „Video Girl Len”, ale, jak sam mówił, z różnych przyczyn skończyło się tylko na materiale, który zebrany został w dwa kolejne tomy.


No i w sumie tu docieramy do moich o serii wspominek. Była końcówka wakacji roku 2002, miałem te naście lat i zaczytywałem się masą rzeczy. Nadal istniało TM-Semic, nadal wychodził „Produkt”, był „Świat komiksu”. No i były mangi, wciąż boom na japońską popkulturę, był magazyn „Kawaii” zajmujący się tematem, był też „MangaMix”, czyli magazyn komiksowy próbujący zaszczepić na polski grunt pisma popularne w Japonii (włącznie z głosowaniem na popularność tytułów). No i właśnie tam wtedy zadebiutowała seria „Video Girl Ai”. W odcinkach pojawił się w „MM” cały pierwszy tom, a ja to śledziłem regularnie. Ba, w sytuacji, gdy jeden z „MangaMixów” nie dotarł do mojej mieściny, dorwałem go w małym sklepiku komiksowym w stolicy – budka niewiele większa od kiosku, w okolicy, która nie wyglądała za ciekawie, a tu jeszcze samochód zaliczył awarię. Ale dorwałem numer (i parę innych rzeczy, jak kilka brakujących tomów „Dr. Slumpa”). A potem rzecz zaczęła wychodzić w tomikach i od razu kupiłem ten pierwszy tomik, choć miałem go w magazynie, w większym formacie… No tak zakochałem się w tej serii.

 

Bo było w czym. Jest w czym. Ta opowieść wyładowana jest takimi emocjami, taką zwyczajnością, która jest bliska każdemu z nas, z którą możemy się identyfikować, a przez to jeszcze mocniej odczuwać. Szkolne życie, przyjaźnie, miłości, rozczarowania… Bohater to typowo poczciwy zbok (więc i erotyki jest dużo), chłop do rany przyłóż, który jednak ciągle myśli o jednym. Tu jednak jest genialnie skrojony, nie tak, jak np. w „Dziewczynie do wynajęcia”. Jego da się lubić, mimo tych cech. I jemu naprawdę się kibicuje. Poza tym jego porażki i wpadki bolą i żenują, jak nasze własne. Dorzućcie do tego jeszcze genialną szatę graficzną, bo Masakazu postanowił w tej serii iść w maksymalny realizm i obłędnie mu to wyszło, a dostaniecie shonenowy romans niemal idealny. Z tajemnicą, z emocjami, z klimatem. No magia. A i pamiętajcie, że zanim z telewizorów / kasety wideo wychodziła Sadako, Ai już istniała i też wyskakiwała z urządzenia. 

Komentarze