ADELO,
DAJ SIĘ UWIEŚĆ
„Adelo, zrozum mnie!” to trzecia i ostatnia część
„Trylogii Odrzywolskiej”, dzieła które – mówiłem to już dwa razy przy okazji
poprzednich tomów, powiem też i trzeci – należy do jednego z najlepszych jakie
wyszły spod ręki Edmunda Niziurskiego. A przecież ten mistrz powieści
młodzieżowych z czasów PRL-u stworzył wiele wspaniałych (często też
legendarnych, bo któż nie zna Marka Piegusa czy „Sposobu na Alcybiadesa”,
choćby z zepsutej, ale wciąż mającej pewien urok ekranizacji z 1998 roku)
powieści. „Adela...” natomiast to godne zwieńczenie historii uczniów z
fikcyjnej miejscowości Odrzywoły. Czy tytułowa dziewczyna da się uwieść
Tomkowi? Tego nie wiadomo, ale jedno jest pewne – książka o nich uwiedzie
niejednego czytelnika.
W co tym razem wpakowali się uczniowie
odrzywolskiej szkoły imienia Rejtana? Tomek trafia do szpitala, ale ani w
wyniku pomeczowego starcia kibiców (te rozgramia zła pogoda), ani uderzenia
pioruna, który trafia niedaleko trybun, ani też z powodu wypadku samochodowego,
do jakiego dochodzi niedaleko stadionu. Porwany przez kierowcę i pasażerów
pewnego auta odkrywa, że jego kidnaperzy to uczniowie wrogiej szkoły im.
Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Jak się jednak okazuje defonsiaki nie
zrobiły tego z nienawiści – ich przywódca, który zgłosił się na stanowisko
prezesa koła PCK, chce by Tomek zaangażował się w związane z tym zajęcia. Tak
nasz bohater trafia do szpitala, gdzie szybko wszystkie obowiązki tracą na
znaczeniu, kiedy tylko poznaje piękną Adelajdę Wigor, do której wzdychają
chłopaki. Chce zwrócić jej uwagę, ale czy może mieć u takiej dziewczyny
jakiekolwiek szanse?
Po dwóch pierwszych tomach, które przepełnione były
przygodami, zagadkami kryminalnymi i niebezpieczeństwami, zwieńczenie „Trylogii
Odrzywolskiej” wydaje się być powieścią inną od poprzedników. Niziurski skupił
się na obyczajowej warstwie historii, która zresztą była jednym z
najważniejszych aspektów zarówno „Naprzód, Wspaniali” jak i „Klejnotów śmierci”
i stworzył rzecz bardziej przyziemną, ale nie mniej emocjonującą. Aspekt
przygodowy także nie zniknął, zmienił się jednak na przygodę miłosną oraz tę
rozgrywaną na polu wróg/kolega, kiedy status w tym układzie zmienia się
zależnie od sytuacji. Prywatnie takie podejście do tematu odpowiada mi bardziej
nawet, niż wcześniejsze.
Warto też wspomnieć, że Niziurski pisze w sposób
lekki, szalenie zabawny i wciągający. Nie ma tu miejsca na nudę, emocji jest
mnóstwo, a przy okazji, jak zawsze w przypadku dobrych pozycji dla młodzieży
mamy do czynienia z konkretnym przesłaniem, przestrogami i nutą nauki.
Dydaktyzm nie jest jednak nachalny, a wnioski płynące lektury wcale nie są
infantylne. Podobnie zresztą jak bohaterowie, z którymi łatwo jest znaleźć nić
porozumienia – w końcu są tacy sami jak my w ich wieku. Zmieniły się czasy, ale
nie problemy nastolatków.
Zresztą skoro o czasach mowa dla mnie czytanie
powieści Niziurskiego stanowi powrót do dzieciństwa. To zresztą wtedy mając
jakieś 11 czy 12 lata obejrzałem „Sponę” opartą na „Sposobie na Alcybiadesa” i
coś w samym pomyśle, bo nie wykonaniu przecież (film uwspółcześniono
beznadziejnymi hip hopowymi wstawkami, wołającymi wręcz o pomstę do nieba)
zachwyciło mnie. „Trylogia Odrzywolska” wzbudziła we mnie wiele emocji, a sama
w sobie okazała się kwintesencją twórczości autora. I choć pewnie nie każdy się
nią zachwyci, w dzisiejszym świecie bowiem młodzi odbiorcy zatracili w znacznym
stopniu dobry smak i gust, warto po nią sięgnąć i przekonać się co Niziurski ma
do zaoferowania.



Komentarze
Prześlij komentarz