CYMEON
NA MAKSA
Edmund Niziurski to jeden z moich ukochanych
polskich pisarzy tworzących powieści dla dzieci i młodzieży. Właściwie
najlepszy obok nieśmiertelnych gigantów pokroju Kornela Makuszyńskiego oraz
Zbigniewa Nienackiego (seria „Pan samochodzik”), którzy reprezentują ten rodzaj
przygodowych utworów, jaki charakterystyczny był dla czasów PRL-u. Jego książki
pełne są akcji, dużej ilości zdarzeń, emocji, humoru i bliskich każdemu
nastolatkowi problemów. Oczywiście zdarzają mu się też wpadki i infantylne
momenty, jednak nawet wtedy twórczość autora ma swój urok. „Cymeon...”, choć
nie tak znany jak „Marek Piegus” czy „Sposób na Alcybiadesa” stanowi jedno z
najlepszych dokonań pisarza i przy okazji uroczą, ponadczasową szkolną opowieść
o miłości.
Nastoletni Cymek nie ma zbyt dobrej opinii u swoich
nauczycieli. Kiedy więc pojawia się dla niego szansa w postaci zmiany szkoły,
postanawia wykorzystać ją jak najlepiej i wykreować siebie na nowo. Na próżno.
Wystarczy chwila w murach nowej placówki oświaty i wszystko trafia szlag,
bowiem nasz bohater myli młodego nauczyciela zwanego Koniem z uczniem. Czy to
taka wielka tragedia? Błąd tego typu sam w sobie nie, jednak Cymek zdradza przy
okazji pedagogowi wszystkie swoje uczniowskie sekrety. Oczywiście to dopiero
początek! Nasz bohater próbuje bowiem poderwać dziewczynę, w której kocha się
od lat, niejaką Gigę, do tego chce nakręcić film, a także przeżyć w szkole
pośród samych niemal wrogów. Zabiegany nie dostrzega jednak uczucia, jakim
darzy go koleżanka, Nelka...
Powieść zaczęła się znakomicie, jak wszystkie
książki Niziurskiego, i jak wszystkie jego książki szybko zaczęła w pewnym
stopniu zaniżać poziom. Po kilku rozdziałach pojawiło się parę infantylnych
pomysłów, do nich doszły jakby sztywno-oficjalne dialogi i tym podobne kwestie.
Wkrótce jednak, na szczęście, akcja zaczęła być coraz bardziej intrygująca
(szczególne w miarę zbliżania się do finału), a choć wątek z włamywaczem był przewidywalny,
miał niezaprzeczalny urok oldschoolowego horroru, odganiając obawy, że pisarz
pozostanie dla mnie jedynie autorem jednej wielkiej książki („Sposób na
Alcybiadesa”), rozczarowując resztą bibliografii. Samo zakończenie także
okazało się być jak najbardziej in plus, a sympatyczni bohaterowie, ich szalone
losy i wzajemne relacje dostarczyły mi całkiem dużej porcji przyjemności.
Oczywiście przygody Cymka nie są literaturą
wybitną, ale na szczęście nie są przy tym także puste. Dzieło Niziurskiego jest
proste, czasem naiwne i lekkie, ale jego największą mocą jest właśnie
dziecinność. Dziecinność, która budzi w odbiorcy nostalgię i tęsknotę za tym,
co bezpowrotnie minione, wyciągając na wierzch wspomnienie własnych czasów
szkolnych i stanowiąc miłą odskocznię od brudu codzienności.
Do tego dochodzi też bardzo ładne wydanie, trochę
może przypominające podręczniki szkolne dla młodszych roczników, ale kolorowe,
przyjemnie ilustrowane (chociaż i tak wolę klasyczne ilustracje z czasów PRL-u)
i ładnie prezentujące się na półce. Poza tym wraz ze wznowieniami innych
utworów pisarza tworzy ciekawą, spójną całość. I przyciąga wzrok młodych
odbiorców, a o to przecież chodzi.
Podsumowując, mimo drobnych zastrzeżeń polecam. Może
nie jest to lektura, którą koniecznie trzeba znać, nie mniej, jeśli macie nieco
wolnego czasu popołudniami i lubicie sentymenty, nie będziecie zawiedzeni.
Wpierw jednak musicie nieco przyzwyczaić się do specyficznego stylu
Niziurskiego, jednak nie stanowi to większej przeszkody.



Komentarze
Prześlij komentarz