Cichy kącik KRL-a – Karol KRL Kalinowski

LYNCH Z SUWAŁK I JEGO KRESKÓWKI

 

KRL. Karol Kalinowski. Lynch z Suwałk, jak się o nim mówiło. Dziś spora gwiazda polskiego komiksu, bo „Łauma”, bo „Kościsko”, bo parę innych pamiętnych projektów, choć pewnie tylko dziadersi mojego pokroju pamiętają jeszcze takie projekty, jak jego krótkie animacje do programu Kamila Śmiałkowskiego „ZAP”. Debiutował w „Produkcie” krótkimi historiami, komediami z czarnym humorem. Niby skeczami właściwie, żartami, ale szybko zyskał sławę, dostał swój „Cichy kącik KRL-a”, potem wyskoczył z dłuższą formą, podrzucił parę starszych prac, jak „Yoel” chociażby, a już po „Produkcie”, w zeszytowej serii „Osiedle Swoboda”, leciał z kolorową serią „New Kids on the Blok”… Ale nie zagalopowujmy się tak daleko. KRL. „Produkt”. No w tamtych czasach uwielbiałem, wróciłem po latach i lubię jeszcze bardziej.

 

W sumie o fabułach ciężko tu mówić. Najczęściej są to jednostronicowe żarty, czarny humor, gdzie bohaterowie albo wypowiadają życzenie, które ma tragiczne  skutki, albo rozmawiają o kolegach, albo mierzą się z muzyka i jej konsekwencjami. Są tu jednak nieco dłuższe historie. Pierwsza z nich to „Kwiatuszek”, czyli historia o szalonym naukowcu mającym porwać małą dziewczynkę. Jest też „Yoel”, opowieść o detektywie, który zajmuje się sprawą kręgów w zbożu, a także „Super-Damian”, czyli historia… no o Damianie.

 

Nieważne jednak, czy KRL serwował formę krótką, czy dłuższą, bez znaczenia czy dostawaliśmy jego nowsze czy starsze prace, czy te już w pełni ukształtowane, czy zupełnie niewyrobione – dobrze było. Po latach powiem, że nawet lepiej, niż myślałem. Że jednak ten czarny humor leży mi bardziej, niż ułagodzone rzeczy typu „Łauma” (świetna przecież, nie przeczę, ale jednak ja zawsze bardziej horror, nie fantasy, bardziej humor czarny niż łagodny, więc bardziej to dla mnie, zwłaszcza, że poziom jest wysoki).

 


KRL od początku miał zresztą swój własny, niepowtarzalny styl. Proste, kreskówkowe rzeczy, wyraziste fabuły, fajny dowcip, spryt do łączenia tego, co śmieszne z mrokiem, jakiego nie powstydziliby się mangowcy, bo wiadomo, ci goście z Japonii połączą wszystko ze wszystkim i jeszcze fajnie im wyjdzie, a rzeźnickie horrory łączone ze słodyczą, urokiem i humorem, to jedna z tych rzeczy, które robią po mistrzowsku. Kalinowski aż tak brutalny nie jest, ba, on właściwie krwi unika, interesuje go bardziej klimat i tajemnica, tudzież pointa, ale to i lepiej.

 


Po prostu dobra, fajna twórczość dla tych, co lubią, jak jest i zabawnie, i z klimatem, i zagadką. W 2006 wyszło to zbiorczo w liczącym 68 stron komiksie „Kaerelki - i inne takie”, gdzie obok tego, co z „Produktu”, były nowe materiały, ale jak na taką twórczość, na takiego autora, to zdecydowanie za mało (tym bardziej, że rzecz wyszła nakładem oficyny Gil i Spółka – kto o niej słyszał? właśnie, a tu by się w dużym nakładzie przydało, dla szerszego grona). Ale w nowym numerze magazynu ma być kolejna odsłona kącika, więc...

Komentarze