Produkt #24 – Michał Śledziński, Karol Kalinowski, Rafał Skarżycki, Marek Lachowicz, Filip Wiśniowski, Bartosz Minkiewicz, Filip Myszkowski, Łukasz Chmielewski, Maciej Jasiński, Piotr Kowalski, Clarence Weatherspoon, Michał Lasota, Tomasz Lew Leśniak, Olaf Ciszak, Jacek Michalski, Rafał Gosieniecki, Arkadiusz Klimek, Michał Lasota, Kamil Kochański

PRODUKT: REAKTYWACJA

 

„Produkt”. O cholera, o k… znaczy, zaskoczenie, że jednak, po dwóch dekadach nieobecności, w czasach, gdy, jak sam powiedział mi kiedyś Śledziu, sens magazynów komiksowych minął – zrobiły swoje i odeszły, ustępując miejsca albumom komiksowym – magazyn powraca. Ja wiem, że to coś takiego, jak wydana przed laty antologia „KKK” i że to wcale nie powrót magazynu, a jednorazowa akcja (choć wiadomo, chłopaki po prostu muszą wrócić kiedyś, może za pięć lat, z numerem #25, bo jakby mogli nie, prawda? każdy fan na to liczy), taki zbiór komiksów (w większości nowych) i publicystyki w hołdzie bardziej, niż ciąg dalszy, ale… No łezka sentymentu w oku się zakręciła, rzecz zrobiła robotę, zaserwowała to, co zaserwować powinna i w ogóle. No i przy okazji okazała się naprawdę dobrym zbiorem różnych polskich historii, pokazujących nam nie tylko, co w produktywnej ekipie wciąż drzemie, ale i jak zmieniła się przez te ćwierć wieki. Ale czy to nadal ten sam dobry „Produkt” co kiedyś?

 

Chłopaki ze Swobody kończą szkołę. Jeż przenosi się w czasie do lat 90. Zdzichu i Wujas jadą na wakacje, a Aurora zmaga się z powrotem wroga. Do tego do więzienia trafia kret szukający zemsty, a na koniec Fido i Mel lądują w… przyszłości!

 

„Produkt”. No nie jestem z nim od samego początku. Okej, mój pierwszy kontakt z pismem nastąpił co prawda w grudniu 1999, ale wtedy, będąc dzieciakiem i mając masę innych komiksowych wydatków (TM-Semic, choć już się kończył, wciąż jeszcze całkiem dawał radę, serwując nam a to kolejne „Alieny”, to „Spawny”, to jeszcze parę naprawdę świetnych opowieści o Lobo), nie kupiłem. Więc i nie przeczytałem. Panią w kiosku poprosiłem o pokazanie „Produktu”, przejrzałem czując zionący od okienka zapach papierosów, oddałem, no bywa. Dopiero po latach uzupełniłem kolekcję, a pierwszy raz pisemko łyknąłem dopiero w roku 2001. Bywa. Potem to już poleciało, bo „Produkt” zacząłem zbierać regularnie, aż ostatniego roku wydawania, po pięciu latach i dwudziestu trzech numerach (plus dwóch „P-Luxach”, takiej produktowej odskoczni, poważniejszej i bardziej nastawionej na komiks, bez wchodzenia w publicystykę), wszystko się skończyło. Tak nagle i niespodziewanie dla czytelników, jak się pojawił. Jak to wszystko upadło, teorii jest wiele, choć najbardziej prawdopodobna jest ta, że wydawca za bardzo olewał temat i nie dbał o reklamodawców, póki kasa się zgadzała, choć to bardziej złożony temat i tu i tam można o tym poczytać. Potem jeszcze to, co produktowe wracało, bo Śledziu leciał z serią kontynuującą „Osiedle Swoboda”, inni twórcy, jak KRL czy Weatheespoon, też ciągnęli to, co w „Produkcie” zaczęli, ale chyba każdemu miłośnikowi żal było magazynu. Bo może poziom bywał różny, może były tu komiksowe rozczarowania i sporo rzeczy dość przeciętnych, jednak zawsze zabawa była dobra.

 

Poza tym to pismo to rzecz dla mnie – jak i dla masy czytelników z tamtych lat – ważna, jak cholera. Tak osobiście. Coś, co miało wpływ na życie i to, co się robiło – a wtedy rysowałem, dużo, często, więc „Produkt” miał na to spory wpływ (on i parę innych rzeczy, ale to nie ich wielki powrót świętujemy, a „P”, więc na nim skupię). A potem wracało to wszystko do mnie co raz, bo pismo miało takie znaczenie, że nawet jeśli nie odświeżałem go sobie akurat w całości, to łykałem wracałem coraz do konkretnych serii, opowieści, artykułów. Kiedy zaliczałem ustną maturę z polskiego w temacie „Popularne komiksy i ich filmowe adaptacje” to teksty z „Produktu” stanowiły większość literatury przedmiotu. Kiedy zająłem się pisaniem publicystyki, bez zastanawiania się, przekuwając od dawna krążący mi po głowie tekst z luźnymi wspominkami o piśmie i jego ekipie, w artykuł o historii „P”, właściwie przypadkiem projekt skończyłem już jako cienką, bo cienką, ale jednak samodzielną książkę, przy okazji której mogłem pogadać z produktywnymi, dowiedzieć się paru rzeczy czy nawet przeczytać kilka drobiazgów wcześniej mi niedostępnych. I… No wiem, wiem, rozpisałem się, rozwlokłem temat, ale w sumie jak tu można inaczej, kiedy siada się do mówienia o reaktywacji czegoś, co było tak znaczące? Z czym nierozwieralnie związane są wspomnienia, anegdotki i sporo emocji? Ale dobra, chociaż mógłbym jeszcze powspominać, dorzucić to i owo, czasem zabawnych (zabranie do szkoły „Produktu” na lekcję o omawianiu ulubionych pism ;) ), czasem nie za wesołych (szpital), to znów wkurzających (ach to wspomnienie listonosza, któremu nie chciało się nieść paczki z zamówionymi „Produktami”, więc ani awizo, ani nic, aż okazało się na poczcie, że paczka leży od dawna z adnotacją, że odbiorcy nie było, choć to wakacje i całe dnie w sumie tylko czekałem na przesyłkę… - od razu wróciły teraz wspomnienia, gdy czekałem na dostawę tego numeru), przeskoczmy w końcu do nowego numeru.

 

„Produkt #24” to raz, że najgrubszy, dwa, że najdroższy, trzy, że po raz pierwszy w dziejach z kilkoma wariantami okładek (główna, niestety słaba, ale zdarza się, dlatego, chociaż życiowo unikam wariantów, tym razem skusiłem się na wersję Śledzia). Lecąc dalej mamy tu komiks w kolorze, a tego wcześniej nie było. Przedruk czegoś co już kiedyś w „P” poszło (znaczy „Ławka 2”) to też coś nowego bo „Produkt przedruków nigdy nie dawał. Poza tym jest jeszcze jedna różnica – chociaż wracają tutaj znane nam serie, nie tyle stanowią one kontynuację, ile samodzielne opowieści, które nadają się dla nowych odbiorców. Bo właśnie i dla nowych ma być ten „Produkt”. „Produkt” niby z jednej strony stary i dobry, z drugiej odmieniony.

 


Otwiera go, jakżeby inaczej nowe „Osiedle Swoboda”, które zabiera nas do końca lat 90., w czasy jeszcze sprzed „Matki Boskiej Extra Mocnej”, gdy chłopaki skończyły szkołę i wchodzą w dorosłe życie. Poznajemy tu relacje Szopy z pewną dziewczyną, a także akcję Niedźwiedzia, która mogłaby się zakończyć dla niego odsiadką. Jak w starych „OS”, tak i tu jest obyczajowo, jest portret tamtych lat, jest też inspiracja tym, co prawdziwe. Różnice? Raz, że Śledziu inaczej rysuje, to wiadomo, dwa, że tym razem jest bez humoru, wszystko na poważnie, ze społecznym zaangażowaniem, a dawniej, nawet w najbardziej poważnych momentach więcej z jajem było. Ot taki drobiazg, acz wart wspomnienia, choć nie wpływa to na jakość opowieści, chyba najlepszej w całym tym albumie. Potem atakuje nas po cichu „Cichy kącik KRLa”, a tam mamy w zasadzie powrót do jego szortów z czasów „P”, tylko że albo nieco odmienionych, albo kontynuowanych. I powiem, że trochę zawód, bo choć fajne to jest, to w tej nowej manierze Kalinowskiego. Więc tak, jak szanuję „Łaumę” czy „Kościsko” i tam ta forma pasowała, tak tu już nie bardzo – zabrakło pazura, mocy, dawnej zadziorności. No za lekko jest trochę, sympatycznie, z sentymentem, ale bez tego czegoś, co tak mnie ujmowało. Za to poziom podnosi „Jeż Jerzy”, w którym mamy sentymentalny powrót do lat 90. – Jerzy dostaje misję ratowania świata, a by to zrobić, musi odbyć podróż w czasie – ale i jednocześnie niezmiennie dobre wykonanie i cały czas ten sam świetny pazur. Miało to być w zeszytówce, trafiło do „Produktu” i… No i myślę, że idealnie tu pasuje.

 

Lecąc dalej mamy „Ławkę 2” Bizona, fajny komiks, acz już w „Produkcie” był. Ba, były tam obie części, więc tak trochę bez sensu to tu wrzucać, ale jest. Potem fajnie wracają „Zdzichu i Wujas”, lecący ubogacać cywilizację minojską i… No i chociaż to taki eksperyment trochę (Śledziu ciska obrazki bez ramek kadrów, a Gajos niektóre rzeczy wręcz streszcza), zabawnie jest, w starym stylu i z jeszcze mocniejszym podkreśleniem tych asteriksowych korzeni całości. „Człowiek parówka”… No nigdy tej serii nie trawiłem, a tu o dziwo nieźle jest. Super też nie jest, acz nic to szczególnego. Pierwsza historyjka ze ścinaczem głów spoko, sentyment w drugiej o kolejnym napadzie Gangu Wąsaczy – kioski i te sprawy – jest nieźle. Acz graficznie to do mnie nie trafiało, nie trafia i chyba już nigdy nie trafi. Za to „Kotek i Myszka” jak najbardziej, bo w tej historii o spotkaniu głównych bohaterów deratyzatorów, nawet jeśli ewidentnie ciśniętej na szybko i trochę niechlujnie, nadal ma to swój urok, wygląd, wpada w oko i zwyczajnie sympatyczne jest w tej niewyszukanej, wulgarnej, typowej dla Fila opowiastce. Potem mamy jeszcze jeden komiks Bizona – zaginionego, poszukiwanego od ponad roku autora. Tym razem to niewydany wcześniej, acz stworzony w czasach istnienia „Produktu” epizod „Pure Hemp”, zaludniony postaciami z „Osiedla Swobody”, gdzie akcja koncertuje się na Szopie i jego zarobieniu brudnych pieniędzy na kolejnej działce ziela. Proste, skuteczne, choć ze wszystkich odcinków serii najsłabsze.

 

Potem jest „Wilq”. Czyli klasyka i klasa sama w sobie. Jak zwykle na poziomie, akcja się nie wlecze, choć traktuje o wyścigach żółwi, a jest wulgarnie, krwawo, ostro… No, jak to u „Wilqa”. Dziwnym nie jest. po opolskim herosie dostajemy nowy epizod „Emilii, Tanka i Profesora” i… No i tu trochę rozdarty jestem. Myszkowski wtedy już w komiksie nie siedział, zrobił tę historię parę lat temu, kiedy padł po raz pierwszy pomysł na reaktywację „Produktu” i chyba zrobił na szybko, od niechcenia, bo graficznie to niestety nie to, co pokazywał kiedyś. I to mocno nie to, nawet jeśli swoje momenty ma. A fabuła? Tu jest fajnie, choć jakbym czytał „Redaktora Szwendaka” – w skrócie dziennikarz chce zrobić wywiad z trójką bohaterów, którzy przed laty odeszli z branży, a od każdego dostaje po mordzie. ETiP zaś w zasadzie na stronach nie widać. Fabuła, choć typowa, ma w sobie urok, a i przy okazji miał to być ostatni komiks Myszkowskiego, więc jakąś łezkę sentymentu wywołuje.

 


„Baby Day”… No tu już trochę zawiedziony jestem. Śledziu i Klimek (który miał tym komiksem, a właściwie wykańczaniem prac Śledzia debiutować w magazynie), zrobili przed laty historię o szesnastolatce mszczącej się za śmierć brata, ale nigdy jej nie dokończyli. Znaleziona po latach doczekała się w końcu dopełnienia i wydania, acz nic to szczególnego. Prosta historia, jakby chcąca udawać wczesne filmy Bessona, oczywista akcja i finał. I graficznie niezła, mroczniejsza, acz też nic, co by porwało. Podobno może kiedyś będzie ciąg dalszy. Jeśli będzie i trafi do kolejnego „Produktu”, przeczytam, ale jako rzecz samodzielną raczej ominę.

Podobnie niezobowiązującą opowieścią jest „Blam!”, western horrorowy o poszukiwaniu nieśmiertelności przez pewnego rewolwerowca, zrobiony przez dawnego publicysty „Produktu” z rysunkami Ciszaka. Fabularnie całkiem sprawny, choć oczywisty (i bardziej pluxowy, niż produktowy, mam wrażenie), rysunkowo naprawdę przyjemny – Ciszak się wyrobił, fajnie wypada i ma to coś, co do tej historii pasuje.

 

A potem mamy „Gangstę”, niby short, niby kilka plansz, niby to spin-off, ale… No ta historia o krecie, który dostaje się do więzienia, żeby się zemścić wypada naprawdę znakomicie. Jako samodzielna opowieść i jako epilog „Gangsty” z „Produktu”. Klimatyczna, świetnie zilustrowana, na dodatek z fajnym pomysłem i jeszcze z dorzuceniem do tej kryminalnej estetyki nowych elementów, zaczerpniętych z innych gatunków. Po „Gangście” też dostajemy coś nastrojowego, tym, razem „Phantasmatę”, krótki, dość oczywisty, ale urzekający klimatem epizod o młodym konduktorze. I nieźle to wypada jako samodzielny, nieco oniryczny horror, i jako pewne dopełnienie tego, co już znamy ze starych epizodów. Dłuższy za to jest „Toshiro”, w którym dostajemy kolejne śledztwo tytułowego cybernetycznego samuraja, który w dziwnym portalu podróżuje przez miejsca i czasy. I tu widać, że Weatherspoon jeszcze mocniej poszedł w klimaty w stylu Mike’a Mignoli, tylko przełamał je większą ilością detali. Mignolowe to jednak, czy nie, wypada całkiem fajnie, a graficznie to już w ogóle masa przyjemności dla tych, którzy lubią, jak nasi rysownicy idą w bardziej amerykańskie klimaty, zachowując też coś swojego.

 


Trzy ostatnie historie to już w sumie podobne, futurystyczne klimaty. Mamy tu fragment dłuższej historii z „Aurorą”, czyli bohaterką, która w „Produkcie” nie debiutowała, ale zawitała tam w pewnym momencie i jakoś nie zrobiła na mnie wrażenia. Ta historyjka to w sumie tylko krótka, niezobowiązująca walka z wrogiem, który uciekł z więzienia. Nic szczególnego, niedokończone to na dodatek – Śledziu, który miał pociągnąć to dalej, może kiedyś nad tym przysiądzie, jak sam pisze, ale co będzie, się okaże – ale graficznie bardzo miłe i wpadające w oko. Choć nadal czuje się, że to taki żeński odpowiednik Funkyego Kovala. Druga rzecz, „Obiecuję”, one-shot napisany przez Śledzia, a osadzony w klimatach gry „Cyberpunk 2077” (CD Projekt Red wyłożył trochę kasy na ten numer i w galerii jest parę prac już stricte w klimacie ich ostatniego hitu – tam też trafiła ilustracja z „Opowieściami na sygnale” w przyszłości), nie porwała mnie. Fabuła dość nijaka – koniec świata i grupka wybrańców – typowa, by nie rzec pospolita (choć Śledziu próbował zawrzeć coś więcej), pretensjonalna, zyskuje tu naprawdę fajną oprawę graficzną (kolor!), ale to trochę za mało. i podobnie jest z finałową historią, gdzie mamy Fido i Mela w „CP2077” – short w zasadzie bez fabuły, który jakoś mnie nie śmieszył, a powinien, za bardzo w klimatach gier, a za mało fidomelowy, jakby wysilony. Acz też w kolorze. Szkoda, że nie lepiej to wyszło, bo ja takie klimaty lubię, ale wiadomo, pismo zawsze czym innym stało, tym, co przyziemne, swojskie i w ogóle – nawet jeśli SF czy noir – a to w albumie daje radę.

 

Na tym nie koniec, bo raz, że mamy reklamy (reklamują się tu głównie komiksiarze albo prezentowane są inne prace ludzi w numer zaangażowanych, ale mamy też i „Wiedźmina 3” zareklamowanego), dwa, że wraca publicystyka. Ta zniknęła z pisma przed laty, nie było jej w ostatnim numerze, acz miała pojawić się w legendarny już poniedziałek, do pobrania ze strony. Do dziś się nie pojawiła. Ale ten poniedziałek w zasadzie nadszedł, bo mamy solidną dawkę tekstów komiksowych i około komiksowych. Są tu wspomnienia zmarłych twórców (Janicki, Słomka, Madej), mamy omówienie ostatnich dwudziestu lat na polskiej scenie komiksowej, mamy trzy topki (najlepsze komiksy z tych dwóch dekad – polskie, zagraniczne i te, stworzone przez produktowynych – szkoda, że tak krótko, że nie więcej pozycji i… no i z niektórymi mocno bym polemizował, ale cóż, to subiektywny wybór autora, niech mu będzie), mamy też teksty o komiksach („Powers”, „Kącik białego kruka”), tekst Mirskiego o polskich rysownikach komiksowych robiących okładki do płyt, a wreszcie tekst o „Policjantach z Miami” (w końcu „Produkt” zawsze obok komiksów, nie żałował nam publicystki kinowej czy muzycznej).

 

W skrócie: jest, co zawsze w „P” było. Czasem lepsze, czasem gorsze, wiadomo, tylu twórców, tyle historii, tyle materiału (ponad 220 stron), nie może trzymać jednego poziomu. Ale jest dobrze. To kawał dobrego, współczesnego – mniej lub bardziej – komiksu polskiego, różnorodnego i pokazującego różne oblicza i możliwości. A dla sentymentalnych dziadersów na „Produkcie” wychowanych to już w ogóle świetna rzecz. Ja starałem się patrzeć na to bez różowych okularów sentymentu, choć emocje czytania starych numerów wracały, ale mimo potknięć i niedociągnięć, nie żałuję. Ba, jestem zadowolony, nawet w zasadzie usatysfakcjonowany, bo rzecz trzyma dawny poziom. No i chcę więcej, więc jeśli tylko powstanie #25, a jak mogłaby nie powstać, no jak, kupuję. A na razie zamierzam jeszcze wrócić do kilku historii, bo takie „OS”, „Wilq” czy „Jerzy” naprawdę zrobiły robotę.

Komentarze