Spider-Man Loves Mary Jane: The Secret Thing - Sean McKeever, Terry Moore, Craig Rousseau, Takeshi Miyazawa, David Hahn
Kolejny pająkowy tomik do kolekcji. Tym razem (no dobra, jakiś czas temu, ale z recką czekałem na Walentynki, bo pasuje, jak ulał) trafiło mi się za grosze zbiorcze wydanie serii „Spider-Man Loves Mary Jane”.
Okej, trafił konkretnie trzeci tomik, ale to i lepiej, bo tu poza dokończeniem
pierwszego volume’u serii, dostajemy też volume drugi, a ten robił Terry Moore.
A Moore’a to ja uwielbiam odkąd lata temu wpadły mi w ręce pierwsze trzy
zeszyty „Strangers in Paradise”. I chociaż zeszyty te graficznie to słabizna
niestety, fajnie czyta się tę serię. I z młodzieżówek od Marvela, takich teen
dram, ta należy do najlepszych.
W życiu Petera wszystko się… komplikuje jeszcze
bardziej. Bo co z nim i MJ? A co z Gwen? A tu jeszcze Firestar się pojawia! A w
tle dzieją się inne rzeczy – szkoła, przyjaźnie, relacje… Jak to ogarnąć? I jak
to przetrwać?
Był rok 2004, kiedy Sean McKeever, scenarzystą mało
kojarzony i niemający na koncie właściwie niczego, co by jakoś nami szarpnęło,
wypuścił czterozeszytową miniserię „Mary Jane”. Rok później pojawiła się jej
kontynuacja, też ograniczona do czterech numerów – „Mary Jane: Homecoming”, a
potem zaczęła ukazywać się dwudziestoczęściowa seria „Spider-Man Loves Mary
Jane”. I jeszcze pięć zeszytów jej ciągu dalszego, ale już pisanych przez
Terry’ego Moore’a, gościa, który poza wspomnianym na wstępie „SiP”, dał nam
parę świetnych rzeczy, jak „Echo” czy „Rachel Rising”.
No i właśnie drugą część pierwszej serii „Spider-Man
Loves Mary Jane” i komplet zeszytów Moore’a znajdziecie w tym tomie. I to jest
najlepsze, co seria ma do zaoferowania. Bo to, co zrobił McKeever – choć swego
czasu zgarnął Eisnera dla obiecującego młodego talentu – to typowa teen drama,
coś na kształt znanych z DC powieści graficznych dla nastolatków. I spoko to jest,
fajne, bo skupione na codziennym życiu i obyczajowych zawirowaniach, ale jednak
Moore robi to lepiej. Zresztą Moore i trójkąt miłosny to połączenie niemal
idealne, a tu mamy taki właśnie trójkąt między Peterem, Gwen i MJ. W tle
zresztą jest takich zawirowań więcej. I chociaż Moore też celuje w nastoletni
target, więc wielu uwielbianych przez siebie tematów nie porusza, naprawdę daje
radę.
I daje radę cała ta opowieść. Tylko rysunki
zaniżają jej poziom. Bo słabo to wygląda, zbyt kolorowo, tandetnie. Jedynie
okładka – i parę okładek Moore’a w środku – ma swój urok. Reszta do wymiany. Bo
kto powiedział, że nastolatki lubią takie pseudomangowe, przesadnie kolorowe,
infantylne grafiki? No ale cóż, trzeba zacisnąć szczęki, przymknąć oko i przeżyć.
Bo reszta to fajna rzecz, która lepiej czyta się niż większość superbohaterskich
wygibasów i ma w sobie emocje.



Komentarze
Prześlij komentarz