SPONAA
„Sposób na Alcybiadesa”. Serial. Wróciłem ostatnio,
chyba kwestia pogody, zbliżających się wakacji, że wzięło mnie na takie rodzime
produkcje młodzieżowe. Ja wiem, że ta produkcja dzieje się jesienią, ale co
tam, ma ten sentymentalny posmak, którego mi się chciało. I to jest taka rzecz,
która z każdym kolejnym obejrzeniem kupuje mnie coraz bardziej, bo raz, że
takich seriali już się nie kręci, takiego klimatu już nie ma, poza tym, mimo
pewnych typowych dla Niziurskiego naiwności, sama opowieść to coś, co mając w
sobie mnóstwo uroku, młodych ucząc bawi, a bawiąc uczy, w starszych zaś budzi
sporo sentymentu. Nie tylko w tych, którzy pamiętają czasy, kiedy dzieje się
akcja opowieści.
Akcja „Sposobu” dzieje się w 1969 roku wśród
młodzieży męskiego liceum imienia Lindego. Główni bohaterowie, Ciamciara,
Zasępa i Słaby, nie należą do geniuszy. W głowie bardziej im zabawa, psoty,
żarty, nauka to znienawidzona konieczność, której starają się unikać, jak mogą.
Więc i ich oceny są skrajnie niskie, a to niestety przekłada się na sytuację w
całej szkole. Chcąc jakoś wybrnąć z problemów, nasza trójka postanawia od
starszych kolegów kupić sposób na nauczycieli – na gogów, jak ich nazywają.
Każdy nauczyciel ma jakąś piętę achillesową, a uczniowie wyższych klas, którzy
od lat odkrywali i szlifowali metody radzenia sobie z nimi. Problem jest jeden,
Ciamciara, Zasępa i Słaby nie mają dość pieniędzy by kupić sposoby na
wszystkich. Ostatecznie decydują się na tytułowy Sposób na Alcybiadesa,
poczciwego historyka, na którego sposobu właściwie nikomu nie potrzeba, ale jak
się nie ma, co się lubi… Nie mają jednak pojęcia, co wyniknie z wcielania go w
życie i jak wszystko się wkrótce zmieni…
To było tak. Nie pamiętam ile miałem lat, wydaje mi
się, że chodziłem wtedy do podstawówki, wiem za to, że to były ferie zimowe,
kiepskie ferie zimowe, kiedy zmogło mnie choróbsko i powoli wracałem do
zdrowia. Był poranek, jak okręcony kołdrą, szukający co ciekawego leci w
telewizji, bo wtedy głównie telewizję się oglądało i trafiłem na „Sponę”,
filmową wersje „Sposobu na Alcybiadesa”. Brzmiało nieźle, więc czemu nie.
Spojrzałem. Obejrzałem nawet, ale niczego nie rwało to to. Film sam w sobie
niezły, z fajnym pomysłem, bo który dzieciak nie chciałby mieć sposobu na
nauczyciela, ale jakiś idiota wziął i spróbował wszystko uwspółcześnić. Nie
wiem, jakim cudem przyszło komuś do głowy, że robiąc film dziejący się w latach
60., może wstawić na siłę tandetne hip-hopowe wstawki, których nie da się
słuchać i wyjdzie z tego coś dobrego. Nie wiem, kto też chcąc uwspółcześnić
opowieść, zamiast przenieść ją do naszych czasów, bo by się dało i też mogłoby
być fajnie, psuł ją taką muzą. Ale sam koncept i opowieść zaciekawiły mnie,
chciałem przeczytać książkę, ale zanim ta trafiła w moje ręce, długo minęło –
swoją drogą też połknąłem ją zimą, w styczniu – i mnie urzekła. Nie wiem, kiedy
serial widziałem po raz pierwszy, wydaje mi się, że już po lekturze, ale głowy
sobie uciąć nie dam, niemniej zmazał on niesmak, jaki pozostawił po sobie film.
A z kolejnymi seansami było tylko lepiej.
Serial jest dość wierny książce, acz wprowadza parę
rzeczy do treści, których w książce próżno szukać – inna jest liczba bohaterów,
a i w powieści nie było wątku z dziewczynami, bo i dziewczyn nie było. Czasy
akcji też są nieco inne, acz zbliżone. A całość ma w sobie zarówno oldschoolowy
urok, jak i ponadczasową magię. Fajnie jest popatrzeć, jak to kiedyś było –
albo w przypadku niektórych przypomnieć sobie – fajnie jest też zobaczyć, jak w
zasadzie niewiele się przez dekady zmieniło. Jak na familijne kino przystało,
rzecz ma wymiar dydaktyczny, bywa też naiwna – chodzi o te tłumaczenia uczniów,
jak z kiepskich dowcipów, ale to już zasługa oryginału, bo Niziurski lubił takie
momenty i jego prawo, chociaż zawsze mi to zgrzytało – ale całość ma przyjemny
wydźwięk, sporo prawdziwości i mnóstwo uroku, podlanego swojskim klimatem i nostalgią.
Fajna obsada, której część zdubbingowano – czasem zastanawiam się, jakim cudem np.
taki Lewandowski, czyli gość, którego można nazwać legendą dubbingu, dostał tu
głos Bednarka – całkiem fajnie dobrane plenery, mające w sobie coś ponadczasowego
i jeszcze fajna ścieżka dźwiękowa z epoki (plus związane z nią cameo – Niemen we
własnej osobie pojawia się w jednej ze scen).
Ot po prostu fajna sprawa. Jak na nasze rodzime
możliwości i większość kina w podobnym typie, jakie powstało w naszym kraju, „Sposób
na Alcybiadesa” wypada bardzo pozytywnie. Dobrze, że w ogóle się pojawił, bo
patrząc na to, jak wypadał film i fakt, że od nakręcenia serialu do jego premiery
minęły dobre trzy lata, wcale nie musiał się pojawić. Ale jest i moim zdaniem
warto sobie czasem o nim przypomnieć.

Komentarze
Prześlij komentarz