POWRÓT
DO PRZESZŁOŚCI
Album dziesiąty to, jak można było się spodziewać,
rzecz jubileuszowa, świętująca okrągłą dychę i coś tam opowiadająca o
przeszłości Navis, chociaż nadal niewiele. Przede wszystkim jednak to całkiem
sentymentalny powrót do przeszłości: do postaci, miejsc i wydarzeń pamiętanych
z pierwszej części cyklu: „Ognia i popiołu”. I chociaż to zabieg typowy,
oczywisty, cóż, rzecz tak dobrze jest zrobiona, tak fajnie poprowadzona i tak
miło zagrała mi na sentymencie, że weszła jeszcze lepiej, niż wcześniejsza odsłona.
Tym razem Navis, która w Armadzie ma solidne
kłopoty po ostatniej samowolce, która skończyła się tragicznie, powinna
siedzieć cicho, spokojnie i czekać, na to, co ją czeka. Ale kto zna dziewczynę,
wie, że tak łatwo nie będzie. I kiedy wszystko się zaczyna, jesteśmy świadkami
swoistego polowania na nią. Jak do niego doszło?
Cofamy się w czasie, gdy Navis chce ocalić Heilliga
przed losem, jaki go spotkał. Wie, że jeśli wydostanie dawnego wroga i zabierze
go na planetę, na której kiedyś żyła, a którą teraz zamieszkują Hottowie,
Armada nie będzie mogła już nic mu zrobić. Wie, że dla niej źle się to skończy,
jednak nie potrafi inaczej. Ratując go jednak, nie tylko wraca do świata, na
którym się wychowała, ale i zaczyna odzyskiwać wspomnienia z dzieciństwa i…
Ten tom to nie tylko powrót do korzeni – Navis znów
jest na dawnej planecie, znów mamy Heilliga i tym podobne rzeczy, ale też to i
ona znów jest ścigana przez ludzi wysłanych przez Armadę i musi walczyć o swoje
przeciw wszystkim i wszystkiemu – ale i w końcu nieco konkretów odnośnie
przeszłości bohaterki. Niewiele, ale zawsze. To też tom, który jednocześnie
idąc naprzód z tą tematyką, z całą resztą, czyli konsekwencjami dla Navis,
pozostaje w pewnym zawieszeniu. Co z nią będzie? Co ją czeka? A na to, nomen
omen, musimy poczekać.
Ale zabawa jest znakomita, nawet jeśli zrozumienie
Navis dla Heilliga jest mocno naciągane, a nawet nie tyle zrozumienie ile
poparcie. Ten album robi pewnie mniejsze wrażenie, gdy z serią jest się od
niedawna i szybko łyka część po części, ale jeśli tak, jak ja, kupowało się
„Armadę” od początku i czekało na kolejne odsłony, to jednak po paru latach (pierwsze
polskie wydanie tomu 10 wyszło po ośmiu latach od publikacji jedynki) wypadał
znakomicie i trącał nostalgiczne nuty. I trąca nadal, wcale nie tylko na
zasadzie wspomnień przeżyć, jakie wywoływał po raz pierwszy.
Fabularnie, poza akcją i powrotami, mamy też niezłe
pomysły i trochę familijną nutę (mimo sporej dozy erotyki – swoją drogą w USA
„Armada” wychodziła ocenzurowana, z czarnym paskiem w newralgicznych miejscach
na ciele Navis, ot taka ciekawostka) w retrospekcjach. Jest tu też przesłanie,
jest lekkość. I świetna szata graficzna, ale to już wiemy od samego początku. A
że rzecz przy okazji kończy się sporą niewiadomą… No cóż, zostaje łapać za
kolejny tom.


Komentarze
Prześlij komentarz