Dom dobry (film)

O KOBIECIE, KTÓRA WYSZŁA Z SIEBIE I STANĘŁA OBOK

 

Smarzol polubił się ostatnio z metafikcją. Nie do końca z wzajemnością, bo jednak w takim „Weselu” stanowiła zbyt oczywiste, zbyt nachalne analogie, a tu subtelnością wypadało zagrać, ale jednocześnie zagęszczało plan i dodawało niektórym momentom emocji. Ale polubił, a w końcu ta metafikcja mu się odwdzięczyła tym samym i wdzięcznie zagrała w tym filmie. Na początku nie byłem tego pewien, takiego uparcia się, że bohaterka ma stanowić reprezentację wszystkich ofiar, z ich różnorodnym podejściem do tematu, ale potem... No właśnie, tu o temat przecież chodzi. Temat ważny, ważki, który Wojtek ugryzł bardzo dobrze, znakomicie wręcz, choć w taki sposób, jakby kręcił telewizyjny film „z życia wzięty”, tylko z podkręconym sadyzmem i wiekiem docelowego odbiorcy. Ale w ostatecznym rozrachunku tu i treść, i forma okazały się jednak znakomite, nieprzegięte, choć skompresowane i z doskonałym ukazaniem umysłu bohaterki. I choć ten film to taki nieco inny Smarzowski i tak są tu charakterystyczne dla niego elementy, od niechronologicznej, nielinearnej narracji, przez powracające motywy (siekiera!), na ty charakterystycznym finałowym ujęciu skończywszy. Efekt? Najlepszy film Wojtka od lay, zwracający uwagę nie tylko na problem przemocy domowej, ale i podejścia państwa, instytucji i ludzi do tematu i chyba najlepsze polskie dzieło w temacie.


Gośka wraca. Wraca do Polski po pobycie w Wielkiej Brytanii, wraca na stare śmieci, ale i do toksycznego domu, z którego będzie chciała się wyrwać. I wyrwie, dzięki poznanemu Grześkowi, facetowi starszemu od niej, ale wydającemu się być spełnieniem marzeń – pozycja, znajomości, kasa, nawet pogadać na poziomie z nim można. Ale Grzesiek ma swoje za uszami, swoje ukrywa i Gośka wkrótce przekona się, jaki koszmar może jej zgotować.

 

Cenię sobie kino Smarzowskiego. Za emocje. Za wytykanie nam grzechów, grzeszków i błędów. Za to, że jednak te filmy mają coś do powiedzenia, a czasem też za to, że – nawet jeśli są mniej udane pod względem przekazu, siły i mocy, jak „Drogówka” – złożoność fabularna i smaczki potrafią zachwycić. Wszystkie oglądałem po kilka razy, do wszystkich będę jeszcze wracał. Ostatnio miałem jednak wrażenie,  że Smarzowski jeśli się nie skończył, to na pewno zamknął we własnych ramach, które już jedynie powiela, odtwarza i kopiuje. „Wołyń”? Wszystko co składa się na ten film już było – wesele, wojenne okrucieństwo, ukazywanie najgorszych ludzkich cech, nawet sceny. „Wesele” – w sensie to nowe? To też nie tylko odtworzenie tego, co pokazywało pierwsze „Wesele” ale w nowych realiach, ale i pożenienie tego z elementami, które miała już „Róża” czy „Wołyń”. „Dom dobry”? No tu też oryginalnie nie jest, alkoholizm, przemoc domowa, to wszystko już było, choć tym razem to ten drugi temat króluje na ekranie, zamiast być na dalszym planie, ale jednak nic nowego. Zresztą ślub, wesele, nagła śmierć kogoś bliskiego, odkrywanie jak pozornie fajni ludzie pełni są wewnętrznych bestii czy nawet to, jak instytucje są skorumpowane i oparte na kolesiostwie były już po wielokroć. Ale Smarzol nadal tym gra, a w tym wypadku udowodnił, że jednak nie ma co go skreślać, a z ogranych elementów jeszcze może wycisnąć coś znakomitego.


„Dom dobry” to film, który miał pełne prawo się nie udać. Po zapowiedziach pokazywał jasno, że Smarzowski niczego na miarę „Wesela” (2004) czy „Domu złego” już nie nakręci, a jednak nakręcił. Nakręcił opowieść o przemocy mężczyzny wobec kobiety, ale - i to doceniam - nie ogranicza się tu jedynie do tego przypadku, ukazując nam co prawda jedne, ale wyrazisty odwrotny przykład, jak to można wrobić faceta w znęcenia się, samodzielnie się okaleczając. Jednocześnie, choć pastwienie się Grześka nad Gośką króluje, motyw ten służy przyjrzeniu się ogółowi toksyczności relacji rodzinnych, a wręcz międzyludzkich, czyli rzecz, o której Smarzowski opowiada o początku kariery. I o ludzkiej głupocie, o której też mówił zawsze, od „Wesela” (idiotycznego zapatrzenia się w pieniądz i opinię społeczną), przez „Dom zły” (i głupie zaufanie do ludzi), na obecnym, czyli m.in. głupocie wchodzenia w związek bez dobrego poznania drugiej strony i ciągnięcia go, chociaż widać od początku niemal, że facet swoje za uszami ma, bo… No właśnie, bo co? Na to już musimy odpowiedzieć sobie sami, bo Wojtek rzadko daje proste odpowiedzi, zostawia nas z wątpliwościami (bo co w zasadzie oznacza scena z biciem się po plecach? tu można interpretować temat na wiele sposobów), a i daje nam też pewien wybór, jak chcemy to wszystko odebrać.

 

Dodajcie do tego świetne aktorstwo, bo Agata Turkot wymiotła, niezawodna Kulesza zrobiła świetne wrażenie, a i Tomasz Schuchardt sprawdził się znakomicie. Z metafikcją może i jest tu trochę na siłę, zwłaszcza w scenie z „Domem złym”, może i Smarzowski zapatrzył się tu chociażby w „Mr. Nobody”, ale udało mu się te podpatrzone elementy wykorzystać jeszcze lepiej i z większą spójnością. No świetna rzecz, obejrzałem dwa razy pod rząd, najpierw nieprzekonany, jak lata temu do „Domu złego”, potem kupiony. I jeszcze tu wrócę.

Komentarze