Zbrojni – Terry Pratchett

MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ W ANKH-MORPORK

 

Długi czas czytałem ten tom, ale nie dlatego, że słaby jest czy mi nie podszedł. Wręcz przeciwnie, ale pojawiały się co chwila lektury, które były dla mnie ważniejsze, pilniejsze i w ogóle, a że nie brakowało wśród nich solidnych tomów, a i ja nieco mniej miałem ochoty na opowieści komediowe, co przeczytałem parę stron, to „Zbrojni” znów lądowali na uboczu i czekali na swoja kolej. I tak w końcu dobrnąłem do końca, doczytałem i tak, jak pierwszy tom o straży nie do końca mnie kupił, tak drugi urzekł, rozwalił i dostarczył naprawdę fajnych przeżyć.

 

Nadchodzi czas zmian. I to jakich. Po ostatnich wydarzeniach (no dobra, po wydarzeniach z tomu „Straż! Straż!”) kapitan Vimes ma przed sobą ostatnie dni swojej kariery. Zbliża się bowiem jego ślub, a wraz z nim odejście ze służby. A tymczasem sama straż przechodzi swoistą restrukturyzację – ma bowiem przystosować się do nowych czasów, wprowadzić równouprawnienie i inne takie tam i tak oto w jej szeregi trafiają troll, krasnolud, a także kobieta – i to taka, która skrywa pewien sekret. I już samo to wystarczyłoby, żeby się działo, ale oto nagle dochodzi do serii zbrodni, w których giną kolejni niby przypadkowi ludzie, ale tropy wiodą do Gildii Skrytobójców, gdzie coś skradziono, ale nie wiadomo co i nikt nie chce niczego wyjawić. Vimes podejmuje się śledztwa, nawet wbrew Patrycjuszowi, a sytuacja z każdą chwilą się komplikuje. Jakby tego było mało, gdzieś tam ktoś poszukuje potomka dawnych królów, a między Anguą – kobietą ze straży – a Marchewą, choć zaczyna się rodzić… A no i jest jeszcze pewien cwany, śmierdzący pies, który zamiast szczekać, mówi, ale to już osobny temat.

 

Pierwszy tom o straży fajnie mi wszedł, ale jednocześnie nie była to najlepsza powieść z serii. Jakoś tak mało oryginalna treść, nastawiona na akcję plus humor, którego jakby mniej było… Nadal bardzo fajna zabawa, ale jakby mniejsze wrażenie robiła. A drugi zaskoczenie, bo jednak ciekawsza treść, lepsze śledztwo, fajniejsze wątki i przede wszystkim humor. Tu znów jest go dużo, jest cięty niczym ostrze skrytobójcy w mroku nocy, jest satyryczny i trafiony. Sporo wątków rodem z thrillerów, zagadka, to, co dobre z fantasy i specyfika świata dysku splatają się w część, która jest ujmująca, błyskotliwa (retrofrenologowie!) i zabawna. I dobrze napisana. W sumie standard, ale właśnie tego się po tej serii oczekuje i Pratchett nigdy nie zawodzi. A i powroty lubianych postaci plus wprowadzenie kilku nowych, też fajnie zrobionych, zawsze są in plus.


No to czy coś więcej trzeba dodawać? Zabawa przednia, fajnie wykorzystane w niej zostały wszystkie gatunkowe – nie tylko fantasy, ale i wszelkie te detektywistyczne sprawy – wchodzi miodnie i powiem, że jak po pierwszym tomie o straży nie ciągnęło mnie mocno do czytania ciągu dalszego, tak po tym jestem ciekaw, co tam Pratchett przygotował dla swoich bohaterów. Ale na razie pora na tom o przygodach Śmierci, a na to akurat czekałem.

Komentarze