Dzieci Húrina – J.R.R. Tolkien, Christopher Tolkien

ANTYCZNY DRAMAT SPOTYKA SZEKSPIRA

 

Długie lata ta książka leżała i czekała na swoją kolej. Kupiłem na premierę, bo patrzyła się na mnie z witryny lokalnej księgarni i ominąć nie mogłem – zwłaszcza, że moja lepsza połowa wielką fanką, a to jedna z jej ulubionych historii ze Śródziemia, a ja chciałem dzielić z nią, jak najwięcej. Wiecie. I tak samo wiecie, jak to jest – kupić i chcieć czytać nie znaczy przeczytać. Pojawiały się kolejne, pilniejsze lektury (no a przecież tą opowieść już w wersji skróconej znałem z „Silmarillionu”), czasu brakowało, książka trafiła na kupkę wstydu, potem wylądowała na głębszej warstwie w regale i przeleżała parę lat. Ale miałem ochotę, wziąłem w końcu i dobra to rzecz. Solidnie wydłużona, z nowymi scenami i jeszcze większą dawką emocji. Wiadomo, rzecz to głównie dla fanów, ale absolutnie warta poznania.

 

Akcja koncentruje się głównie na losach Túrina, syna Húrina. Po Bitwie Nieprzeliczonych Łez, Húrin trafia w niewolę Morgotha, a w Śródziemiu źle się dzieje. Túrin wysłany zostaje przez swoją matkę do Doriathu, gdzie w elfim królestwie ma znaleźć schronienie przed Easterlingami. Dorastając tam i powoli stając się wojownikiem, chłopak w końcu znajdzie się w trudnej sytuacji, która zmusi go do ucieczki. Nie wie jednak tak naprawdę, co jeszcze szykuje dla niego los i jaką rolę w tym wszystkim odegra jego siostra…

 

Marzyło się Tolkienowi by stworzyć zbiór legend, w którym byłyby i mocno rozbudowane opowieści, i te bardziej tylko zarysowane. Ot, jak w życiu. Ostatecznie zrobił wiele wersji takich historii, ale za życia nie zdołał skończyć jednej spójnej ich wizji i dopiero po śmierci, dzięki staraniom jego syna, Christophera, udało się wydać „Simlarillion”. W zamyśle Tolkiena jednak, poza takim zbiorem, istniały jeszcze tzw. trzy wielkie opowieści – wszystkie w skróconej formie są w „Simarillionie”, jednak każda z nich zasługiwała na osobne, rozbudowane, pełne i jednocześnie skomponowane tak, by było dostatecznie niezależne na samodzielną opowieść wydanie. I w takiej wersji w końcu się pojawiły, ale dopiero po wielu dekadach. A zaczęło się od wydanych trzydzieści lat po „Silmarillionie” „Dzieciach Húrina”.

 

I co tu dużo mówić, świetna to rzecz. Zrobiona, jak „Silmarillion”, czyli w stylu, w jakim podawano dawniej legendy, przypowieści i historie religijne, bo jednak mocno biblijne w wykonaniu jest to wszystko. Ale jednocześnie w odróżnieniu od większości tego, co Tolkien pisał, to nie pełna patosu (acz w dobrym tego słowa znaczeniu) opowieść o dzielnych bohaterach ze złem się mierzących, a opowieść o ludziach pełnych wad. Túrin to nie kryształowy heros, a człowiek, który błądzi. Popełnia błędy, miota się, pchany swoim porywczym charakterem i dumą, przekonaniem, przesadnym oczywiście, o własnej wartości, wplątuje się w sytuacje, które mają w sobie coś z antycznego dramatu, a coś z szekspirowskich sztuk. W efekcie multum tu tragedii, ale i multum dobrego ukazania postaci, świetny klimat i to, co w prozie Tolkiena najlepsze.

 

No i jeszcze to wydanie. Nie wiem, jak wypada wznowienie, ale dla mnie Tolkien to jednak powinien być wydawany, jak za czasów, gdy robił to Amber – duży format, masa grafik, a kolorowe ilustracje drukowane na grubym, dobrej jakości papierze kredowym. W środku biały papier, może nie mój ulubiony do czytania na nim druku, ale dla realistycznych grafik Alana Lee jest doskonały. Po prostu świetna sprawa: tak wydanie, jak i książka, która bez niego też doskonale się broni, ale razem super się uzupełniają.

Komentarze