ANTYCZNY
DRAMAT SPOTYKA SZEKSPIRA
Długie lata ta książka leżała i czekała na swoją
kolej. Kupiłem na premierę, bo patrzyła się na mnie z witryny lokalnej
księgarni i ominąć nie mogłem – zwłaszcza, że moja lepsza połowa wielką fanką,
a to jedna z jej ulubionych historii ze Śródziemia, a ja chciałem dzielić z
nią, jak najwięcej. Wiecie. I tak samo wiecie, jak to jest – kupić i chcieć
czytać nie znaczy przeczytać. Pojawiały się kolejne, pilniejsze lektury (no a
przecież tą opowieść już w wersji skróconej znałem z „Silmarillionu”), czasu
brakowało, książka trafiła na kupkę wstydu, potem wylądowała na głębszej
warstwie w regale i przeleżała parę lat. Ale miałem ochotę, wziąłem w końcu i
dobra to rzecz. Solidnie wydłużona, z nowymi scenami i jeszcze
większą dawką emocji. Wiadomo, rzecz to głównie dla fanów, ale absolutnie warta
poznania.
Akcja koncentruje się głównie na losach Túrina,
syna Húrina. Po Bitwie Nieprzeliczonych Łez, Húrin trafia w niewolę Morgotha, a
w Śródziemiu źle się dzieje. Túrin wysłany zostaje przez swoją matkę do
Doriathu, gdzie w elfim królestwie ma znaleźć schronienie przed Easterlingami. Dorastając
tam i powoli stając się wojownikiem, chłopak w końcu znajdzie się w trudnej
sytuacji, która zmusi go do ucieczki. Nie wie jednak tak naprawdę, co jeszcze
szykuje dla niego los i jaką rolę w tym wszystkim odegra jego siostra…
Marzyło się Tolkienowi by stworzyć zbiór legend, w
którym byłyby i mocno rozbudowane opowieści, i te bardziej tylko zarysowane. Ot,
jak w życiu. Ostatecznie zrobił wiele wersji takich historii, ale za życia nie
zdołał skończyć jednej spójnej ich wizji i dopiero po śmierci, dzięki staraniom
jego syna, Christophera, udało się wydać „Simlarillion”. W zamyśle Tolkiena
jednak, poza takim zbiorem, istniały jeszcze tzw. trzy wielkie opowieści –
wszystkie w skróconej formie są w „Simarillionie”, jednak każda z nich
zasługiwała na osobne, rozbudowane, pełne i jednocześnie skomponowane tak, by
było dostatecznie niezależne na samodzielną opowieść wydanie. I w takiej wersji
w końcu się pojawiły, ale dopiero po wielu dekadach. A zaczęło się od wydanych
trzydzieści lat po „Silmarillionie” „Dzieciach Húrina”.
I co tu dużo mówić, świetna to rzecz. Zrobiona, jak
„Silmarillion”, czyli w stylu, w jakim podawano dawniej legendy, przypowieści i
historie religijne, bo jednak mocno biblijne w wykonaniu jest to wszystko. Ale
jednocześnie w odróżnieniu od większości tego, co Tolkien pisał, to nie pełna
patosu (acz w dobrym tego słowa znaczeniu) opowieść o dzielnych bohaterach ze
złem się mierzących, a opowieść o ludziach pełnych wad. Túrin to nie kryształowy
heros, a człowiek, który błądzi. Popełnia błędy, miota się, pchany swoim porywczym charakterem
i dumą, przekonaniem, przesadnym oczywiście, o własnej wartości, wplątuje się w
sytuacje, które mają w sobie coś z antycznego dramatu, a coś z szekspirowskich
sztuk. W efekcie multum tu tragedii, ale i multum dobrego ukazania postaci, świetny
klimat i to, co w prozie Tolkiena najlepsze.
No i jeszcze to wydanie. Nie wiem, jak wypada
wznowienie, ale dla mnie Tolkien to jednak powinien być wydawany, jak za
czasów, gdy robił to Amber – duży format, masa grafik, a kolorowe ilustracje
drukowane na grubym, dobrej jakości papierze kredowym. W środku biały papier,
może nie mój ulubiony do czytania na nim druku, ale dla realistycznych grafik
Alana Lee jest doskonały. Po prostu świetna sprawa: tak wydanie, jak i książka,
która bez niego też doskonale się broni, ale razem super się uzupełniają.

Komentarze
Prześlij komentarz