Krzyk 7

JESZCZE JEDEN KRZYK

 

„Krzyk 7” nie był nam potrzebny. Tak samo zresztą, jak niepotrzebne były dwie poprzednie odsłony. Powstał jednak i jako fan serii obejrzeć musiałem, tym bardziej, że współscenarzystą i reżyserem został tym razem Kevin Williamson, czyli gość, który napisał scenariusze części pierwszej, drugiej i czwartej i skrypt części trzeciej i… No i do pewnego momentu jest lepiej, niż w szóstce, potem jednak zaczynają się wyjaśnienia, chęć odejścia od pewnego schematu i pewnie trzy grosze dołożone przez współscenarzystę poprzednich odsłon i sporo produkcja traci. Brakuje też sceny po napisach, która nie trafiła do filmu, ale każdy już wie, co tam miało być i powiem, że podniosłaby jakość i sens całości. Nie zmienia to jednak faktu, ze ten „Krzyk” nadal nieźle się ogląda i wolę go od poprzedniej części, gdzie wątek z ghostface’ową rodzinką miał równie niewiele sensu, co tożsamość i motywacje w siódemce, ale za to dawał zdecydowanie mniej frajdy i był bardziej oczywisty.

 

Akcja zaczyna się w Woodsboro, gdzie para zwiedza dom należący niegdyś do Stu Machera, który, jak głoszą plotki, mógł przeżyć wydarzenia sprzed lat. Jak się można domyślić, giną z ręki kolejnego Ghostface’a.

Tymczasem w Pine Grove, w Indianie, Sidney Prescott wiedzie spokojne życie. Ma męża, ma córkę, która wydaje się popełniać błędy jej młodości i… No i nagle znów dzwoni do niej Ghostface, a właściwe Stu Macher, a koszmar zaczyna się na nowo. Ktoś morduje ludzie w jej otoczeniu, ktoś wziął ją na celownik, a zagrożenie narasta. Czy to możliwe, że Stu jednak żyje, czy jedynie ktoś podszywa się pod niego, korzystając z nowoczesnej technologii? Kto zabija i dlaczego to robi? I czy pomoc, w postaci bohaterów poprzednich części, w tym Gale, wystarczy, by przetrwać kolejne starcie?

 

Z „Krzyku” zrobiła się nam seria, którą ten nigdy być nie powinien (nawet w otwierającej czwórkę scenie obśmiewano tego typu tasiemce). Pierwsze odsłony wyróżniały się nie tylko metafikcją, ale i wyjątkowością. To był cykl, który miał sens, stawiał na zabawę motywami i modami danej epoki horroru. Jedynka to była dekonstrukcja slasherów lat 90., dwójka stawiała na dekonstruowanie sequeli, trójka zaś podejmowała tematykę filmowych trylogii – nie serii, a trylogii, a przy okazji ich ostatnich odsłon. Czwórka, które pojawiła się po latach, miała sens jako pastisz remaków i rebootów, z omówieniem zasad współczesnych horrorów. Piątka i szóstka? To już wysilone postarzenie tego, co było z próbą umotywowania jakoś nowych, wymyślonych na siłę terminów. Bo próba powiedzenia nam czym jest requel czy franczyza wypadały tak, jakby twórcy sami do końca nie ogarniali zasad tych terminów. Siódemka idzie jeszcze dalej i tu zasady właściwie nie maja już żadnego znaczenia. dostajemy po prostu jeszcze jeden rozdział telenoweli, który bardziej stawia na sentymenty, niż oryginalność. A te sentymenty na szczęście sporo ratują.

 

Willimason od zawsze lubił horrory, zwłaszcza „Piątek 13” i „Halloween”, do których się wiecznie odnosił i to mu się nie zmieniło. W siódemce scena rodem z tych produkcji nie brakuje (seryjny morderca uciekający ze szpitala psychiatrycznego, klimat, jakby to jesień była i Halloween się zbliżało czy nawet momenty rodem z piątej części „Piątku”, gdzie morderca niby w tej samej masce, a wszystko jest inaczej niż do tej pory) a to sprawia, że film staje się przewidywalny. Jednego z morderców przewiedziałem bardzo szybko, drugiego nie, bo motywacje etc. nie mają najmniejszego sensu. Chcieli nas twórcy zaskoczyć, odchodząc w znacznym stopniu od dotychczasowej konwencji i tu niestety przesadzili. Ale dzięki tym odniesieniom i graniu na sentymentach (plus temu, że Williamson od zawsze chciał, by Stu żył i w trójce miał własną sektę, którą kierowałby z więzienia), film mimo wszystko fajnie się ogląda. Łagodniejszy, niż chćby nierealistycznie brutalna szóstka, stara się wrócić do korzeni. Akcja, jak w „Halloween 20 lat później” (też od Williamsona przecież), przenosi nas w nowe miejsce, pokazuje postarzałych bohaterów, ale sięga do początków. Znów Stu, znów chłopak zakradający się przez okno, znów… no dużo rzeczy jest znów. Włącznie z powrotami znajomych twarzy, nawet jako formy easter eggu.

 

Gdyby jednak morderca był lepiej zrobiony, lepsza motywacja, lepsza tożsamość etc., film byłby najlepszą odsłoną od czasów czwórki. Ten wątek sprawia jednak, że ocena spada, ale nadal jest nieźle. Ot przyzwoita, grająca na sentymentach, całkiem klimatyczna, choć zupełnie zbędna odsłona serii. Daje radę, ale mam nadzieję, że w wersji na płytach rzecz doczeka się jednak tej niewłączonej (przez reakcje widzów na pokazach testowych) sceny, bo jednak sporo zmieniłaby i podniosła jakość filmu. Ale pożyjmy, zobaczymy.

Komentarze