Sami swoi: Początek

SAMI SWOI: NIE MA SŁABSZYCH

 

Są takie opowieści, których się nie powinno tykać. Nie, że to jakaś świętość – choć dla niektórych na pewno – ale że już się nie podoła. Zmieniły się czasy, zmieniło podejście, techniki realizacji też się zmieniły i po prostu nie ma szans, by to się udało. Takie właśnie miałem obawy odnośnie „Samych swoich: Początku”, dlatego nawet nie myślałem wybrać się do kina etc. W końcu jednak nadarzyła się okazja, więc obejrzałem, bo ja przygody Karguli i Pawlaków lubię, cenię i wracam do nich raz na jakiś czas i… I nie udał się ten film. Tragedii nie ma, jednak to zupełnie zbędna rzecz, udowadniająca, że nawet scenarzysta oryginału już tego nie czuje, a co gorsza reżyser w ogóle nie ma pojęcia, jak ten film powinno się zrobić.

 

Przełom XIX i XX wieku. W Krużewnikach zyją Pawlaki i Kargule, rody, które nie pałają do siebie sympatią, wplątując się w kolejne scysje. Czy wojenna zawierucha, która czai się na horyzoncie, będzie w stanie coś zmienić?

 

„Sami swoi” to były dzieci swoich czasów. Może i zanim nakręcono pierwszą część, od pierwszych powojennych lat minęły już dwie dekady, jednak wspomnienia wciąż były w narodzie żywe, a sam świat tak szybko nie postępował i wciąż dobrze oddawał realia. Pozostałe dwie części, kręcone w latach 70., w latach 70. też się działy i miały  sobie magię kina tamtych lat, ale przede wszystkim były owego czasu świadectwem. Na kilku zresztą polach. Bo tak – z jednej strony to opowieści dziejące się w tamtych realiach, z drugiej to też ten świat i lata mamy uchwycone na taśmie, ale zostaje też to, że same czasy miały wpływ na opowieść: komuna, cenzura (i jej obchodzenie), absurdy… Długo by można. Nie powiem, że ukazywały w realny sposób ówczesną rzeczywistość, ale nie zmienia to faktu, że były świadectwem swoich czasów – tych, o których opowiadały. „Początek” to inna bajka, bo jeśli stanowi czegokolwiek świadectwo to tego, jak współcześnie podchodzi się do kina. I jak uważa się, że potrafi się poprawić klasykę. Nie potrafi.

 

Okej, ten film nie jest tak zwalony, jak nowe części serii „Kogel-mogel”, ma parę scen, gdzie sentyment daje o sobie znać, a Bobik – jako jedyny z całej obsady – daje z siebie wszystko i naprawdę robi robotę, jako Pawlak, cała reszta jednak to pomyłka. Fabuła obejmująca lasy bohaterów od czasów szkolnych, do podróży pociągiem na ziemie odzyskane, siłą rzeczy skupia się na wojennych perypetiach, jednak w sposób niewyważony. Udało się w starach zawrzeć splecione w jedno komedię, dramat i tragedię, tu wszystko to jest, ale obok siebie, walczące między sobą o miejsce na ekranie, zamiast wzajemnie się dopełniać. Zgrzyta to. Zgrzyta też humor – subtelności czy wyczucia tutaj nie ma. Są za to rzeczy, które do „Samych swoich” nie pasują, jak żarty erotyczne. Patos też jest, czasem nieznośny, wątek romantyczny naiwny i sztampowy, a większość postaci w ogóle nie ma charakteru – Kargul i Kargulowa to takie twory, że w zasadzie mogłoby ich nie być, a przecież Kargulem seria stała na równi z Pawlakiem zawsze. Dobór aktorów, a zwłaszcza aktorek do znanych nam ról niestety, też blado wypada. Żadna nie przypomina pierwowzorów, to raz, dwa, każda obowiązkowo musi być współcześnie ładna, a co gorsza, ta współczesność aż bije po oczach. Że o braku dawnych charakterów i zwyczajnie kiepskiej grze aktorskiej nie wspomnę.

 

Wizualnie jest nieźle, ale tylko nieźle. Ten film nie ma należytego nastroju, nie ma pewnej surowości ani realizmu, wszystko jest nijakie, ale miewa fajne pod względem oświetlenia sceny. Nijak nie pasujące do serii, to wiadomo, ale same w sobie całkiem, całkiem. I całkiem, całkiem byłby to film, gdyby nie robić z niego kolejnej części „Samych swoich”. Bez tego jednak rzecz  by przepadła zupełnie, bo byłaby niczym więcej, jak jeszcze jedną przeciętną komedią wojenną, jakich nie potrafimy już kręcić. Jako część serii i dzięki żerowaniu na sentymentach (miłym akcentem jest udział Anny Dymnej, ale aż się prosiło, żeby zagrała babkę Pawlaka, takie fajne koło zatoczyłaby ta jej rola…), może i zarobiła lepiej, a o to przecież twórcom chodziło, ale z tego powodu „Początek” wypada jeszcze gorzej (i z błędami, choćby to, jak Jaśko zaatakował Kargula). W skrócie: „Sami swoi: Nie ma słabszych” niż ten film. Do starych wrócę jeszcze nie raz, zresztą dopiero co zrobiłem sobie rewatching, tę część zapomnę. 

Komentarze