PIELGRZYMKA
I chciałem, i obawiałem się tej gierki. No bo
tak – Team 17 lubię, uwielbiam, ogrywam regularnie, a „Wormsy” to mi w zasadzie
z dysku nie znikają (co najwyżej zmieniają się części), a i pikselozę lubię. Z
drugiej strony wszędzie czytałem, że ciężka to zabawa, że gracze padają na ryj
pokonani i na tarczy ich wynoszą, a ja dla rozrywki gram, wyluzowania i
odstresowania, a nie żeby się siłować z twórcami i ich pomysłami. Wiadomo, co
wygrało. I jak było? A no nie powiem, że przesadnie lekko, bo jednak
„Blasphemous” wymaga pewnej dozy cierpliwości, ale po łatwych pierwszych
godzinach i wymagających powtarzania tego i owego późniejszych, gdy już
wszedłem i rozgościłem się, szło przyjemnie i dość na luzie i bez problemu
ukończyłem gierkę, a bawiłem się naprawdę dobrze.
Akcja gry dzieje się w pochłoniętej przez się
znaną jako „Cud” - „Miracle”, Cvstodii. Gracz wciela się w The Penitent One,
jedynego ocalałego z masakry Brotherhood of the Silent Sorrow. A w zasadzie wskrzeszonego
przez Cud, który wysyła go na pielgrzymkę, celem ma być pewna relikwia, ale
przede wszystkim Penitent One musi okazać się godny…
Siłą tej gry jest przede wszystkim jej klimat.
Grywalna jest jak cholera, bugów prawie nie ma (okej, w jednej walce z bossem
na chwilę mnie zastopowało, dopóki nie przywalił mi z wężowej dyńki i mogłem
znów się ruszać, w walce z innym niekiedy szwankowało skakanie, ale to drobne
rzeczy), wciąga, ale to ten klimacik jest jej największą siłą. Po części budują
go wyśmienite, pikselartowe grafiki, ale jego siła to cała ta chrześcijańska
symbolika ubrana w horrorowe ciuszki. Tu jakiś gość naparza się biczem po
plecach, zanim rzuci się do ataku, tam papież na latającym fotelu atakuje cię
dzidą, to znów jacyś nieszczególnie świeci krzyżami rzucają. Wszystko to w
pokręconej, horrorowej atmosferze, gdzie ruiny świątyń, gigantyczne stwory, magia
i zdolności, które zdobywamy dzięki odkrywaniu różnych rzeczy.
No i ten klimat jest wyśmienity. Czy wędrujemy
przez ruiny, czy taplamy się w błocku, gdzie atakują nas upiorni piraci, czy
wspinamy się po lodowych obszarach, gdzie wiatr nam w oczy, niezależnie czy na
planszach jest mrocznie, czy oślepiająco jasno, czy w spokoju regenerujmy się
modląc przy kapliczce, czy naparzamy z wrogiem w postaci głowy, z której ciało
odchodzi, jakby zgniło i zropiało, jest nastrojowo. A muzyczka wypada fajnie, nieźle
ten nastrój podkręca, chociaż nie jest to robota, która zapadłaby mi w pamięć
(może poza tym pobocznym wyzwaniem, gdzie na czas mamy dotrzeć do lustra). Jeśli
zaś chodzi o rozgrywkę, no to wiadomo, mamy gierkę 2D, gdzie poruszamy się
tylko w boki, w górę albo w dół. Ale plansz jest tu dużo, wyzwań sporo,
niektóre wzmocnienia czy umiejętności kupujemy, więc trzeba zdobywać kasę siekając
wrogów, niektóre znajdujemy. Tu bywa ciężko, tam łatwo. Powtarzać trzeba wiele
razy, bo ginie się często, a bossów trzeba sobie rozpracować (albo nazbierać
tzw. Rosary Beads, odblokować miejsce na nie i rozgryźć, jaka kombinacja daje najlepsze
rezultaty – pod koniec gry w zasadzie nie da się zginąć z rąk wroga, jeśli
tylko dobrze się te paciorki różańca rozłoży).
Dobra gierka i tyle w temacie. Team 17 jak
zwykle dowiozło kawał fajnej rozrywki, krwawej i wymagającej, ale jednak
nieprzegiętej. Fajnie, że powstał też ciąg dalszy, więc można do świata wrócić w
każdej chwili. Poczekam jednak na jakąś promocję.



Komentarze
Prześlij komentarz