Opowieści o pilocie Pirxie – Stanisław Lem

CUDOWNOŚĆ PIRXA

 

Pięknie wygląda ta książka i od tego zaczynam, bo to pierwsze, co rzuca się w oczy. Te kolory, ten klasyczny sznyt graficzny… Bierzemy to do ręki i co czujemy? Przyjemnie matową, papierową w dotyku, chociaż twardą przecież, okładkę. Czujemy ten zapach druku i papieru. Kartkujemy, a w środku ładnie rozłożony na stornach tekst, gdzie robotę robią nawet takie drobiazgi, jak numery stron znajdujące się na ich dole, a na brzegach. A to wszystko i tak blednie w porównywaniu z tym, jak doskonała jest to lektura. Jedno z najbardziej znanych dzieł Lema to klasyka, o której słyszał każdy i każdy kojarzy, nawet jeśli nie czytał. A jeśli nie czytał, teraz ma doskonałą okazję, bo to dzieło, które znać warto i wypada. Przełożone na 52 języki i wydane w łącznym nakładzie 40 milionów egzemplarzy (jak podaje wydawca), a to wynik imponujący, tym bardziej, że Lem nie planował dłuższej serii, a zrobić ze dwa opowiadanka, stanowi jedno z najważniejszych dzieł polskiej kultury popularnej.

 

Fabuła, co tu dużo mówić, jest w zasadzie bardzo prosta. Tytułowy pilot Pirx (a z czasem i dowódca) przemierza kosmos w kolejnych statkach i wikłając się w kolejne problemy czy przeżywając przygody. A z tymi przygodami stawia wiele pytań o człowieka, o maszyny i ich miejsce, znaczenie czy relację z człowiekiem i wiele, wiele innych kwestii.

 

„Opowieści o pilocie Pirxie” to dla mnie jedna z najważniejszych książek Lema w ogóle. Może jest mniej skomplikowana czy mniej rozbudowana, za to bardziej skierowana do czytelników w różnym, także młodszym, wieku, niż większość jego dzieł, pozostaje jednak lekturą szczególną. Z jednej strony o tej szczególności świadczy jej wyjątkowa popularność i to, ile rynków podbiła, z drugiej dla mnie ta wyjątkowość wynika nie tylko z faktu, iż to był mój pierwszy kontakt z prozą Lema, ale przede wszystkim z siły, z jaką we mnie uderzyła. A to było tak. W czasach, kiedy chodziłem do podstawówki, tak się złożyło, że kilka tekstów o Pirxie znalazło się z podręczniku do języka polskiego i okazało się, że tak współgra z moją dziecięcą fantazją, która zawsze ulatywała ku kosmosowi i przygodom w gwiazdach, że praca domowa na temat tych tekstów stała się u mnie jednym z pierwszych opowiadań jakie napisałem, chociaż o czym było, przepadło w odmętach dziejów, jak i ono samo.

 

A choć z tego powodu „Opowieści o pilocie Pirxie” są dla mnie tak istotne, tak się złożyło, że nigdy dotąd nie miałem okazji przeczytać ich w całości. Trochę opowiadań tu, trochę tam, ale chociaż każde z nich jest doskonałe, to dopiero całość pokazuje, jak świetne to dzieło. Lem jest w swoim żywiole, pisze może i dla młodszego czytelnika, teksty są prostsze, ale jednocześnie nadal pozostaje wizjonerem, który potrafi ująć czytelnika pomysłem, zachwycić jego poprowadzeniem i detalami, a przez cały czas pochyla się nad wieloma kwestiami, które nadal nie straciły na aktualności. A wszystko to w opowiadaniach, które są takie zwyczajnie ludzkie, z bohaterem pełnym słabości i wydarzeniami, może fantastycznymi, acz dotykającymi kwestii uniwersalnych. Dzieciaki inaczej to wszystko odczytają, dorośli inaczej, każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie: fantastyczne przygody, popis wyobraźni, alegoryczne historie, a także całą masą świetnie sklejonych zarówno postaci jak i wizji kosmicznego i przyszłego świata. Wszystko to napisane w sposób z jednej strony dość prosty i przystępny, z drugiej krwisty, treściwy i zachwycający.

 

O niemalże perfekcyjnym wydaniu już wspominałem, ale ta książka naprawdę doskonale wygląda na półce… Co tam na półce, to jak prezentuje się w dłoniach, jak przyciąga wzrok, jak człowiek chce po nią sięgnąć i przeczytać… no robi to robotę. Tak właśnie powinna być wydawana klasyka i to, że Wydawnictwo Literackie postawiło na taką edycję Kanonu Lema to piękna sprawa. I chociaż większość z pozostałych pozycji mam na swoich półkach w różnych wydaniach, aż chciałbym wymienić je na wyglądające tak, jak „Pirx”. W skrócie: cudo. W każdym calu.


Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze