CZŁOWIEK BAZGROŁ I PROSTACKA SZÓSTKA
W końcu dotarliśmy do tego momentu. Po
beznadziejnym, żałosnym i żenującym poprzednim tomie, dostajemy nie tylko tom
lepszy, ale wreszcie, po wielu miesiącach, docieramy do momentu, kiedy
nadchodzi czas przekonania się, co takiego się wydarzyło, że Peter na początku
tej pisanej przez Wellsa serii był w miejscu, w którym był. Czekaliście by
dowiedzieć się dlaczego wszyscy nienawidzą Petera, MJ ma dzieci i do jakiej
katastrofy doszło? Tu wszystko się zaczyna, ale wątek potrwa jeszcze chwilę,
więc nie liczcie na wszystkie odpowiedzi, zwłaszcza, że dochodzą nowe wątki, jednak
dostaniecie już dużo informacji. Ale to już przeczytacie sami. Co równie ważne,
tom w końcu znów jest niezły, chociaż otwierająca go historia pisana przez
Kelly’ego (tego, który przejmie serię po Wellsie i będzie z czasem coraz
mocniej strzelał sobie w kolano, czego dowodem są obecne zeszyty wydawane w
Stanach) jest niestety marna.
A co to za historia? A no Peter i Felicia
wybywają na w zasadzie romantyczny weekend. Na miejscu jednak wszystko idzie
zupełnie nie tak: nie dość, że jest tu MJ z Paulem, to jeszcze dziwne wstrząsy
rzucają Pajęczaka i Kotkę w wir wydarzeń. Ale kim, u licha, jest Prostacka
Szóstka?
Potem zaczyna się właściwa akcja. Peter znów
ma jeden z tych dni, gdy nic mu nie wychodzi. Nie dość, że spóźnia się do
pracy, to jeszcze kiedy tylko wychodzi z domu, okazuje się, że chociaż jest
dwadzieścia na plusie, pada śnieg. I wtedy bum, tornado. I telefon od MJ, która
widząc w wirze znajomą sylwetkę, wie jedno: on powrócił. On, człowiek bazgroł. A
wraz z nim wracają wspomnienia tego, co wydarzyło się rok temu i…
No dramatycznie i filmowo zrobili te zeszyty
Wells i Romita. Jak się na to patrzy, przypomina to sekwencje z „Avengers:
Wojna bez granic”, jak bohaterowie wychodzą, a tam ludźmi i śmieciami szarpie
wiatr, bo kosmici wylądowali. Podobny klimat jest tu. Nie na początku, bo tam
najpierw mamy te dwa nieszczęsne zeszyty od Kelly’ego, wypełnione
nieśmiesznymi, erotycznymi żartami i fabułą, która w zasadzie nie istnieje, ale
za to z kiepskimi rysunkami od Dodsona, któremu nawet nie chciało się ich
ciskać, co widać na kadrach. A no i jeszcze jest ten kolor – anemiczny, jak
cała ta historyjka, która nic nie wnosi, nic nie oferuje – no chyba, że chcecie
takie komiksowe facepalm, to proszę bardzo.
Ale potem znów wskakujemy na główne tory i
fajniej się robi. Upał i padający śnieg? Wells wraca do tego, co już było i to nie raz, ale w niezłym
stylu. A było w klasycznych numerach (spójrzcie sobie w „Narodzinach Venoma”,
acz nie one nas teraz obchodzą), było i u Wellsa, kiedy pisał Pająka w czasach
„Brand New Day” (nie wyszło po polsku, więc możecie nie znać, ale to była
przyjemnie pokręcona historyjka o śnieżycy w lato i… starożytnych Majach) i w
tym albumie właśnie do tej historii mocno się odnosi. Całość jest dynamiczna i
dobrze wchodzi. Jest tu i postapo, i totemy (Straczynski wiecznie żywy) chociaż
temat przepadł na lata, jest… No dobra, przywracanie niektórych postaci jest
bez sensu, bo jednak do tak ważnej fabuły przydałby się ktoś bardziej
odpowiedni na złola – ktoś, kto ma jakieś znaczenie dla tej serii – ale i tak
daje radę. A rysunki Romity Jr. jak zawsze dla mnie świetne, dynamiczne,
widowiskowe i w ogóle, chociaż ma też sceny, które z miejsca należałoby
poprawić.
W skrócie: całkiem spoko album. Przyzwoita
rzecz, ale szkoda, że przez Egmont nie wydana razem z kontynuacją w formie
jednego tomu (łączyli już nie raz podobne rzeczy i chyba nic nie stało na przeszkodzie,
by zrobić to i teraz). Gdyby nie pierwsze dwa zeszyty, byłoby o wiele lepiej,
ale i tak „Martwy język” zmazuje część niesmaku pozostałego po „Mrocznej
sieci”.



Komentarze
Prześlij komentarz