Amazing Spider-Man #5: Martwy język, część 1 – Zeb Wells, Joe Kelly, Terry Dodson, John Romita Jr.

CZŁOWIEK BAZGROŁ I PROSTACKA SZÓSTKA

 

W końcu dotarliśmy do tego momentu. Po beznadziejnym, żałosnym i żenującym poprzednim tomie, dostajemy nie tylko tom lepszy, ale wreszcie, po wielu miesiącach, docieramy do momentu, kiedy nadchodzi czas przekonania się, co takiego się wydarzyło, że Peter na początku tej pisanej przez Wellsa serii był w miejscu, w którym był. Czekaliście by dowiedzieć się dlaczego wszyscy nienawidzą Petera, MJ ma dzieci i do jakiej katastrofy doszło? Tu wszystko się zaczyna, ale wątek potrwa jeszcze chwilę, więc nie liczcie na wszystkie odpowiedzi, zwłaszcza, że dochodzą nowe wątki, jednak dostaniecie już dużo informacji. Ale to już przeczytacie sami. Co równie ważne, tom w końcu znów jest niezły, chociaż otwierająca go historia pisana przez Kelly’ego (tego, który przejmie serię po Wellsie i będzie z czasem coraz mocniej strzelał sobie w kolano, czego dowodem są obecne zeszyty wydawane w Stanach) jest niestety marna.

 

A co to za historia? A no Peter i Felicia wybywają na w zasadzie romantyczny weekend. Na miejscu jednak wszystko idzie zupełnie nie tak: nie dość, że jest tu MJ z Paulem, to jeszcze dziwne wstrząsy rzucają Pajęczaka i Kotkę w wir wydarzeń. Ale kim, u licha, jest Prostacka Szóstka?

Potem zaczyna się właściwa akcja. Peter znów ma jeden z tych dni, gdy nic mu nie wychodzi. Nie dość, że spóźnia się do pracy, to jeszcze kiedy tylko wychodzi z domu, okazuje się, że chociaż jest dwadzieścia na plusie, pada śnieg. I wtedy bum, tornado. I telefon od MJ, która widząc w wirze znajomą sylwetkę, wie jedno: on powrócił. On, człowiek bazgroł. A wraz z nim wracają wspomnienia tego, co wydarzyło się rok temu i…

 

No dramatycznie i filmowo zrobili te zeszyty Wells i Romita. Jak się na to patrzy, przypomina to sekwencje z „Avengers: Wojna bez granic”, jak bohaterowie wychodzą, a tam ludźmi i śmieciami szarpie wiatr, bo kosmici wylądowali. Podobny klimat jest tu. Nie na początku, bo tam najpierw mamy te dwa nieszczęsne zeszyty od Kelly’ego, wypełnione nieśmiesznymi, erotycznymi żartami i fabułą, która w zasadzie nie istnieje, ale za to z kiepskimi rysunkami od Dodsona, któremu nawet nie chciało się ich ciskać, co widać na kadrach. A no i jeszcze jest ten kolor – anemiczny, jak cała ta historyjka, która nic nie wnosi, nic nie oferuje – no chyba, że chcecie takie komiksowe facepalm, to proszę bardzo.

 


Ale potem znów wskakujemy na główne tory i fajniej się robi. Upał i padający śnieg? Wells wraca do  tego, co już było i to nie raz, ale w niezłym stylu. A było w klasycznych numerach (spójrzcie sobie w „Narodzinach Venoma”, acz nie one nas teraz obchodzą), było i u Wellsa, kiedy pisał Pająka w czasach „Brand New Day” (nie wyszło po polsku, więc możecie nie znać, ale to była przyjemnie pokręcona historyjka o śnieżycy w lato i… starożytnych Majach) i w tym albumie właśnie do tej historii mocno się odnosi. Całość jest dynamiczna i dobrze wchodzi. Jest tu i postapo, i totemy (Straczynski wiecznie żywy) chociaż temat przepadł na lata, jest… No dobra, przywracanie niektórych postaci jest bez sensu, bo jednak do tak ważnej fabuły przydałby się ktoś bardziej odpowiedni na złola – ktoś, kto ma jakieś znaczenie dla tej serii – ale i tak daje radę. A rysunki Romity Jr. jak zawsze dla mnie świetne, dynamiczne, widowiskowe i w ogóle, chociaż ma też sceny, które z miejsca należałoby poprawić.

 

W skrócie: całkiem spoko album. Przyzwoita rzecz, ale szkoda, że przez Egmont nie wydana razem z kontynuacją w formie jednego tomu (łączyli już nie raz podobne rzeczy i chyba nic nie stało na przeszkodzie, by zrobić to i teraz). Gdyby nie pierwsze dwa zeszyty, byłoby o wiele lepiej, ale i tak „Martwy język” zmazuje część niesmaku pozostałego po „Mrocznej sieci”.


Komentarze