poniedziałek, 21 stycznia 2019

Amazing Spider-Man #1: Globalna sieć. Wrogie przejęcie - Dan Slott, Giuseppe Camuncoli

NAJSŁABSZE OTWARCIE


Nie ma co owijać w bawełnę. Po świetnych seriach „Superior Spider-Man” i „Amazing Spider-Man Vol. 3”, nadszedł niestety czas znaczącego spadku formy. Ba, nie przesadą będzie powiedzieć, że otwarcie czwartego volume’u przygód Człowieka-Pająką jest najsłabszym otwarciem w historii tej serii. Na dodatek pełnym wtórnych pomysłów czerpanych z niezbyt wartych inspiracji źródeł i obierających ścieżkę, która do Petera nie pasuje. Dopiero pod koniec albumu robi się ciekawiej. Czy warto więc sięgać po ten tom? Mimo wszystko tak, bo wraz z kolejnymi częściami fabuła znów stanie się ciekawsza, a nadchodzące zeszyty przyniosą wiele istotnych zmian w życiu Parkera, do których wprowadzeniem staje się właśnie „Globalna sieć – wrogie przejęcie”.


„Tajne wojny” się skończyły. Wszystkie serie Marvela natomiast zaczynają się osiem miesięcy później – i w tym miejscu zaczynają się także najnowsze przygody Spider-Mana. Co mogło przez ten czas zmienić się w jego życiu? Więcej, niż sądziliście.

Peter stoi teraz na czele wielkiej, międzynarodowej firmy. Smartfon na rękę produkcji Parker Industries, podbija świat. Placówki Parker Industries prężnie działają w najróżniejszych krajach. Jest nawet fundacja wujka Bena, a Peter zatrudnił dublera Spider-Mana, by mógł się razem z nim pokazywać. Ale sielanka nie trwa wiecznie, bo oto ktoś wykrada jego technologię i wszystko wskazuje na to, że w firmie jest szpieg. Jakby tego było mało, na scenę wkracza odrodzony Zodiak, z którym trzeba będzie sobie poradzić, a na tym nie koniec, bo oto gdzieś tam wciąż czai się Otto, a tajemniczy osobnik odwiedza wrogów Pajęczaka, składając im pewną propozycję…


Kiedy ten zeszyt miał swoją premierę, „Tajne wojny” ciągle jeszcze trwały, a jednak twórcy marvelowskich serii postanowili pokazać już jakie życia wiodą bohaterowie po ich zakończeniu. Bo i po co czekać, skoro każdy wie, że potentat komiksowy nie zarżnie żadnej z tych znoszących złote jajka kur a zniszczenie wszechświatów tak czy inaczej odwróci? Twórcy mieli jednak kilka miesięcy przerwy, dzięki którym nie tylko mogli stworzyć poboczne opowieści dziejące się w Bitewnym Świecie, ale także i zastanowić się nad przyszłością swoich serii. Slott wpadł na pomysł, by Peterowi w końcu wypaliło. By został prezesem własnej firmy, stał się znany na cały świat i pomagał ludziom także na polu naukowo-technologicznym, a nie tylko jako heros. W konsekwencji jednak zmienił go w kopię Tony’ego Starka, może odartego z alkoholizmu i statusu playboya, niemniej niewiele różniącego się od pierwowzoru. I to pierwsza rzecz, która zgrzyta.


Wtórności jednak nie brak i w całej reszcie. Na początku Peter mierzy się z problematyką naprawienia świata tak, by w ogóle wart był ratowania – co samo w sobie jest kwestią ciekawą, ale tak już wyeksploatowaną przez medium komiksowe, że można było ją sobie darować. Potem pojawiają się „tradycyjni” przeciwnicy, ale i oni są odarci z oryginalności. Nie inaczej jest z gadżetami. Peter swoimi wynalazkami podbił świat, śmiga po nim w swoich Spider-pojazdach, ma mnóstwo najróżniejszych sprzętów, ale… Właśnie, lata temu Marvel na siłę wciskał podobne gadżety do komiksów, chcąc sprzedać zabawki, które wypuszczał wówczas na rynek. Slott w pewien sposób składa tu hołd tamtym czasom, niemniej nie na takim poziomie, jakiego bym oczekiwał.


Ale oczywiście mamy tu akcję, mamy humor, placem zabaw Spider-Mana przestał być Nowy Jork, a stał się cały świat, ale brak tu trochę spójności. Wielkie zmiany nie robią większego wrażenia, choć trzeba przyznać, że całość jednocześnie nie nudzi. Album czyta się szybko, pojawiają się w nim także wątki, które w przyszłości zostaną rozwinięte w coś interesującego (z niecierpliwością czekam na świetny pajęczy event „Dead No More: Clone Conspiracy”), a rysunki są całkiem udane i uzupełnione o naprawdę dobry kolor (plus mamy świetne okładki), niemniej jednocześnie czegoś tu brakuje.


Kiedyś, przy okazji filmu „Hancock”, jeden z krytyków napisał, że im lepszy staje się bohater, tym gorzej ogląda się sam obraz. Podobnie rzecz ma się z tym Spiderem – im lepiej wiedzie się Peterowi, tym gorzej wychodzi to samej serii. Ale już w tym tomie wszystko powoli zaczyna się sypać, a całość bardzo powoli wraca na wcześniejsze tory. Fani Spider-Mana mogą więc śmiało po „Globalną sieć” sięgnąć. Nie jest to szczególnie udana opowieść, ale stanowi wstęp do czegoś dobrego i choćby dlatego warto ją poznać. Ci jednak, którzy za Pająkiem nie przepadają, na pewno nie przekonają się do niego po tym komiksie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza