wtorek, 5 listopada 2019

Lucky Luke #73: Człowiek z Waszyngtonu - Laurent Gerra, Achdé

W TAJNEJ SŁUŻBIE… KANDYDATOWI NA PREZYDENTA


Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, które albumy z Lucky Luke’iem wolę. Owszem, zawsze bardziej cenię klasykę – bo to na jej łamach wymyślono wszystkie charakterystyczne elementy serii i bo to ona przecież przetarła szlaki – z drugiej jednak strony nowe części mają w sobie drobiazgi, których nie było dawniej, od analogii do współczesności zaczynając, na swoistej dozie niegrzeczności skończywszy. Co z tego wszystkiego wynika? Prosta rzecz: po nowe tomy, w tym ten konkretny, równie warto jest sięgać jak po stare, bo zabawa z Lucky Luke’iem zawsze jest znakomita i nie ważne ile macie lat, i jakie komiksy lubicie.


Lucky Luke nigdy nie miał szczęścia do spokoju i nie ma go tym razem. Starcie z legendarnym Billym Kidem to zaledwie początek. Na dodatek pojedynek zostaje przerwany, bo pojawiają się ważniejsze sprawy, którymi nasz dzielny kowboj musi się zająć. Oto bowiem niejaki Rutherford Hayes zaczął kandydować na prezydenta. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jego kontrkandydat wynajął mordercę, by pozbyć się konkurencji. Kto więc, jak nie Lucky Luke, może pomóc Hayesowi przetrwać podczas trasy po Dzikim Zachodzie i pomóc bezpiecznie wrócić do Waszyngtonu? Właśnie, ale na naszego bohatera czeka prawdziwe wyzwanie. Nie dość bowiem, że musi poradzić sobie z tą kwestią, to jeszcze gdzieś tam Billy Kid wciąż czeka na dokończenie pojedynku…


Jak powszechnie wiadomo, rzecz z „Lucky Luke’iem” ma się tak, że każdy tom oparty jest właściwie na identycznym schemacie. Najpierw są oczywiście kłopoty, potem nasz dzielny rewolwerowiec strzelający szybciej niż jego cień pojawia się w samym ich środku tudzież daje się im znaleźć i – po obowiązkowych trudach, znojach, licznych perypetiach i pełnych niebezpieczeństw wyzwaniach – naprawia wszystko i odjeżdża samotnie w kierunku zachodzącego słońca -  tradycyjną piosenką na ustach. Mało atrakcyjne, prawda? Błąd. Wszystkie gatunki komiksowe są skazane na powtarzanie tych samych schematów, ważne jest by robić to w dobry sposób, a twórcy „Lucky Luke’a” robią to znakomicie.


Każdy tom tej serii to kawał porywającej i poprawiającej humor rozrywki. Jest akcja, są dowcipy wszelkiej maści, od słownych, przez sytuacyjne, po rysunkowe, wreszcie mamy też odniesienia do popkultury czy historii. Już sam ten fakt sprawia, że czegoś można się z serii nauczyć, dowiedzieć, ale jednocześnie jest tu też solidna dawka satyry, która spodoba się starszym odbiorcom. Wszystkim natomiast do gustu przypadnie ogół – fabuła, dialogi i znakomite ilustracje, z jednej strony klasyczne, ale jednocześnie bardziej bogate w detale, niż w starych odsłonach serii.


Lubicie Lukcy Luke’a? A może nie znacie komiksów o nim? Sięgnijcie koniecznie po ten i pozostałe tomy. Nie zawiedziecie się.


A ja dziękuję wydawnictwu Egmont z udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz