wtorek, 30 czerwca 2020

Dr. Stone #4 - Riichiro Inagaki, Boichi

KOLEJNA NIEBEZPIECZNA MISJA


Czwarty tom „Dr. Stone’a” wkracza coraz bardziej na bitewniakowy grunt. To, co zaczęło się jak shounen, ale wówczas jeszcze bez typowych walk, teraz staje się coraz bardziej klasyczną nawalanką, a w treści pojawia się kilka bardziej krwawych momentów. Ale, że zachowuje przy tym swój charakter, zarówno miłośnicy serii, jak i bitewniaków będą zadowoleni.


Stworzenie sulfonamidów to cel naszych bohaterów. Problem w tym, że by go osiągnąć, potrzebują kwasu siarkowego, a to wiąże się z kolejną niebezpieczną misją. A tymczasem w wiosce dzieją się ważne wydarzenia. Zbliżą się bowiem turniej mający na celu wyłonienie nowego wodza…


Co tu można powiedzieć o tej serii, jak nie to, co już napisałem do tej pory? „Dr. Stone” to shounen, jak shounen ze wszystkim, co się z tym gatunkiem wiąże. Wyraziści bohaterowie, równie wyrazisty świat, akcja, fantastyka, piękne, seksowne dziewczyny, nieco łagodnej erotyki… Wiecie doskonale, jak to jest. Jeśli czytaliście choćby jedną mangę tego typu, to jakbyście czytali wszystkie, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Rzecz w tym, że takie opowieści zawsze się sprawdzają, tym bardziej jeśli – tak jak w tym wypadku – mamy tajemnicę, posuwającą akcję do przodu i udany, podnoszący poziom całości klimat.


Teraz do tego wszystkiego dochodzą bardziej bitewniakowe schematy. Na początku seria zdawała się ich wystrzegać, potem pojawiały się sporadycznie, teraz podobnych elementów jest sporo i zaczynają dominować. Co oczywiście fanów typowych shounenów ucieszy, tym bardziej, że stoją one na naprawdę dobrym poziomie.


Oczywiście od samego początku najlepsze w „Dr. Stone’ie” pozostają rysunki. Owszem, fabuła jest niezła i dobrze poprowadzona, nie nudzi, nie jest przeciągnięta i potrafi wciągnąć, ale to właśnie grafiki Boichiego (pamiętacie jego udany „Hotel”?) kradną cale show. Z jednej strony mamy prosty, typowo wielkooki design, gdzie w dużej mierze rządzi niemalże karykaturalne podejście do prezentacji postaci – od mimiki ich twarzy, przez fryzury, po nawet same ciała i ich krągłości – z drugiej mnóstwo detali i realizmu, które budują klimat, jaki zapada w pamięć na  dłużej. I to się ceni.


Podsumowując, jeśli lubicie shouneny, warto serię poznać. Nie jest może ona wybitna, ale jednocześnie pozostaje na tyle znakomita, że czyta się ją z przyjemnością i chce sięgać po koleje tomy. A to coś przecież znaczy.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza