niedziela, 30 sierpnia 2020

Dragon Ball Super #11: Dai Dassō Dai Dassō – Akira Toriyama, Toyotarou

WIELKA UCIECZKA


Poprzedni tom serii „Dragon Ball Super” do połowy był jedynie niezłą rozrywką, która dopiero w drugiej części zaczęła się rozkręcać. Teraz akcja toczy się już na pełnym gazie, na nudę nie ma miejsca… Ale nadal rzecz jest wtórna, oparta na schemacie, który znamy zarówno z „Sagi Friezera”, jak i „Sagi Buu” i jedynie momentami nosząca znamiona dawnej świetności.


Gokū, Vegeta i Bóg Wszechświata ruszają do akcji! Starcie z Moro z każdą chwilą wydaje się iść coraz bardziej po myśli naszych bohaterów i nawet członkowie Galaktycznego Patrolu dostrzegają w końcu światełko w tunelu. Niestety do czasu. Wszystko wskazuje bowiem na to, że cała moc Boga Wszechświata umarła wraz ze złym Buu. Dobry, gruby Buu został co prawda obdarowany jej częścią, która pozwala mu opierać się zdolnościom Moro, jednak to za mało by go pokonać. A niestety ten nie dość, że odzyskał pełnię swej magicznej mocy, to wciąż jeszcze pozostaje kwestia tego, jak brzmiało jego trzecie życzenie, który spełnił nameczański smok…


„Wielka ucieczka” to tom, w którym przybywa bohaterów, akcja się zagęszcza i zaczyna dziać na większej ilości frontów… ale poza tym nic się nie zmieniło. Nie wiem dlaczego Toriyama stworzył tak kiepskiego przeciwnika, jak Moro, niemniej gorszego wroga w serii nie było chyba od czasów jakichś pobocznych bad assów z początkowych tomów „DB”, kiedy to seria była komediowa, a ci źli występowali jedynie przez kilka stron. Dla porównania Fu z „Super Dragon Ball Heroes” – alternatywnej kontynuacji anime „Dragon Ball Super” (choć czy alternatywnej, to dopiero się okaże; w chwili obecnej rzecz figuruje raczej jako jeszcze dalsze w czasie wydarzenia) – przynajmniej wyglądał odpowiednio złowieszczo. Jak na tę serię, oczywiście .


Ale na szczęście czyta się to wszystko lekko i przyjemnie. Nie nudzi, z czasem nawet na chwilę udaje się Toriyamie przywrócić odrobinę starego, wykurzającego Vegetę, a i same walki nie wyglądają najgorzej. Toyotarou stara się zarówno oddać styl swojego wielkiego mistrza, jak i dodać coś od siebie. „DB” w jego wykonaniu jest wypełnione detalami, a także rozrysowane na bardziej zagęszczonych kadrami planszach. Do tego nie boi się używać rastrów – chociaż przecież i Toriyama nie żałował nam ich chociażby w „Jaco”.


Wszystko to składa się na kolejny dobry tom. Nie rewelacyjny, takich w „Dragon Ballu” chyba już nie uświadczymy, nie genialny w swej prostocie, jak bywała klasyczna manga, niemniej nadal dobry i nadal przyjemny w odbiorze. Widać jednak, że Toriyama już się zestarzał i nie czuje tak tej opowieści, jak czuł ją kiedyś, ale że wciąż potrafi wykrzesać w sobie młodzieńczą fascynację shounenowym schematem, możemy czasem przymknąć na to oko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz