sobota, 26 grudnia 2020

Dragon Ball filmy #2

DRAGON BALL FILMY KINOWE, TELEWIZYJNE I OAV, CZ II: DRAGON BALL Z I GT

 

W poprzedniej części tekstu o dragonoballowych filmach przejrzałem się pierwszym produkcjom, które nakręcono zanim pojawiła się seria „Z”. Kiedy jednak ta zagościła na ekranach i stała się wielkim hitem, wszystkie kolejne produkcje również zaczęły być z nią związane. I okazały się być co najmniej równie dobre, co dotychczasowe filmy i chociaż ich poziom nie był równy, każdemu miłośnikowi „Smoczych kul” dostarczyły solidnej porcji dynamicznej i widowiskowej rozrywki.

 

Zanim przejdę do omawiania poszczególnych tytułów, warto nadmienić kilka rzeczy. Kinowe filmy z serii „DBZ” (a także powiązane z nią OAV – czyli produkcje wypuszczone na rynek wideo i specjalne epizody telewizyjne) pojawiały się od roku 1989 do 1995. I większość z nich jest pozycjami niekanonicznymi, pokazującymi alternatywne wydarzenia z serialu. Dlaczego? O ile w kinówkach „DB” nie chciano powielać wszystkiego, co było w serii, o tyle tu może wydawać się to dziwne, bo filmy ukazują inne wydarzenia, które mogły wydarzyć się między epizodami. Dlaczego więc nie są zgodne z kanonem? Bo ich twórcy, chcąc wykorzystać popularność, kręcili filmy dziejące się mniej więcej w tym samym czasie, co dane sagi anime, ale nie mając pojęcia, co w nich wówczas będzie. Tak zrodziły się różne dziwne koncepty, jak próba przemienienia Gokū w SSJ, chociaż nawet w mandze Toriyama jeszcze tego nie narysował. Co nie zmienia faktu, że filmy te i tak bardzo dobrze się ogląda.

 

Pierwszym z nich jest znany w Polsce obraz „Strefa śmierci” opowiadający o walce naszych wojowników z Garrickiem Jr., synem rywala Wszechmogącego. Kolejny, też znany w naszym kraju, „Najsilniejszy wojownik na Ziemi”, to starcie z wrogiem, który poszukuje tytułowego heros (myśląc, że jest nim Boski Miszcz). Zaś w „The Tree of Might” (ostatnim na długo filmem „DBZ”, który można było obejrzeć po polsku) dostajemy wtórną opowieść o krewnym Gokū, który przybywa na Ziemię i trzeba sobie z nim poradzić. Niewiele lepiej jest w części „Lord Slug”, gdzie pojawia się nowy, mocno związany z planetą Namek wróg. Wszystkie te filmy jednak ogląda się lekko, szybko i przyjemnie. Trochę brak w nich pomysłu, ale konkretna akcja, popis widowiskowych walk i udane sceny humorystyczne zapewniają dobrą rozrywkę.

 


Ale prawdziwe udana zabawa dopiero przed nami. Pierwszym jej segmentem staje się historia „Cooler's Revenge” o bracie Friezera, który przybywa zająć się naszymi bohaterami. Opowieść ta tak się spodobała (i jest czasem, podobnie jak „Martwa strefa”, rozpatrywana jako kanoniczna), że doczekała się ciągu dalszego w filmie „The Return of Cooler”, pokazującym drugie starcie z wrogiem. Idąc za ciosem, w kolejnym filmie („Super Android 13!”) twórcy decydują się przedstawić nam nieznane dotąd androidy, z którymi wojownicy Z będą musieli sobie poradzić, a jednocześnie serwują nam wiele świetnych scen, jak ta z wyprawą Miszcza, Trunksa i Ulonga na… wybory miss.

Wszystkie te produkcje ogląda się wyśmienicie. Jest na co popatrzeć, bo walki są jeszcze bardziej widowiskowe i dynamiczne, jest też czym się cieszyć, bo świetne są dodatkowe sceny, jak wspomniana powyżej z wyborami miss czy pojawiający się robocik wyglądający, jak Toriyama. A jednocześnie czuć tu zarówno ducha oryginału, jak i chęć stworzenia własnej mitologii i to się ceni.

 

Ale to nie koniec świetnych przeżyć. Kolejna produkcja, niezapomniany „Broly – The Legendary Super Saiyan” to jeden z najlepszych filmów serii. Wprowadza zaprojektowaną przez Toriyamę postać, daje nam kilka scen z dzieciństwa Gokū, zanim ten trafił na Ziemię i całkiem udaną historię tragicznego wojownika, niezdolnego zapanować nad swoją mocą. Co prawda kolejna produkcja, czyli pochodzący z roku 1993 „Bojack Unbound” zwiastuje spadek formy, serwując nam po prosu kolejny turniej sztuk walki, na szczęście zaraz potem twórcy, chyba idąc po rozum do głowy i korzystając z popularności Broly’ego, serwują nam udane, mimo pewnej wtórności dzieło o tytule „Broly – Second Coming” (tym razem z oszalałym wojownikiem mierzą się młodzi bohaterowie serii), a potem ciąg dalszy, czyli „Bionic Broly”, gdzie Trunks i Goten muszą zmierzyć się z odrodzonym Brolym. I chociaż ten ostatni film na polu głównej opowieści wypada dość blado (za mało tu zielonowłosego wojownika, za dużo jego nowej „formy”), o tyle wszelkie smaczki, jak te z osiemnastką i Mr. Satanem, gwarantują świetną rozrywkę.

 


A potem jest już tylko lepiej. Dwa kolejne filmy, swego czasu w Polsce wyświetlane w kinach jako jeden – „Fuzja” i „Atak smoka” – to już szczytowe osiągnięcie kinówek „DBZ”. Ten pierwszy traktuje o uwolnieniu z piekła dusz, co wywołuje iście szalony chaos (momenty z Hitlerem pobitym przez niebieskookich blondynów, którzy powinni być po jego stronie – znaczy Gotena i Trunksa w wersji SSJ – to prawdziwa perełka), drugi zaś to czerpiąca z kina kaiju (patrz. „Godzilla”) smutna opowieść o pewnym wojowniku grającym na okarynie, z której – opowieści, nie okaryny – dowiecie się, skąd Trunks z przyszłości miał swój miecz. Potem jeszcze do kin trafiła pożegnalna kinówka „DB”, ale o niej już pisałem w poprzedniej części artykułu. I na tym właśnie zakończyła się kinowa przygoda „DB”. A przynajmniej tak się wtedy wydawało, ale o tym bliżej opowiem przy okazji kolejnej części.

 

Nie znaczy to jednak, że to wszystkie filmy ze świata „Smoczych kul”, jakie w tamtym okresie powstały. W końcu telewizja też miała swoje do zaoferowania i tak oto widzowie mogli obejrzeć wyśmienity odcinek specjalny „Bardock – The Father of Goku” opowiadający o tym, jak wyglądało życie na Vegecie, jak planeta została zniszczona i jak Gokū trafił na Ziemię. Po nim na fanów czekał udany epizod „The History of Trunks”, gdzie mogliśmy obejrzeć ponurą wersję świata Trunksa z przyszłości, stanowiącą prolog do wydarzeń w serii TV. Do tego na rynek wideo trafiła produkcja „Plan to Eradicate the Saiyans” gdzie pojawia się tsufuliański naukowiec chcący zemścić się na Saiyanach (i to zanim powstała seria „GT”). Wszystko zaś zwieńczone zostało telewizyjną produkcją z 1997 „Dragon Ball GT: Biografia Gokū Jr.”, przybliżającą nam w sentymentalnym stylu losy pra pra pra (ktoś wie w ogóle ile tych pra powinno być? ;) ) wnuka Gokū.

 

Potem przez wiele lat „Dragon Ball” nie gościł już ani na ekranach kin, ani telewizorów. Manga też przestała się ukazywać. Fonom zostało po raz kolejny odkrywanie tego samego i nikt nie spodziewał się, że kiedyś ich ulubiona opowieść jeszcze powróci. A jednak, ale o tym opowiem innym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz